czwartek, 6 listopada 2014

Zapiekanka wege z kozim serem

Kilka dni temu, po powrocie do domu, mój mąż przekazał mi cudowny w swej prostocie przepis na wegetariańską zapiekankę. Poznał go dzięki programowi Rogera Mookinga Nuta egzotyki. Jako, że koleś nas przekonuje, a tym razem, mimo ewidentnej w jego przypadku miłości do mięsa, zachwycał się tym daniem, postanowiłam spróbować. Ale szczerze przyznam, że nie było we mnie entuzjazmu. Jakże cudownie się zdziwiłam po wyciągnięciu dania z piekarnika i pierwszym kęsie. To jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio jedliśmy. I banalnie prosta w przygotowaniu. Nie może się nie udać, jeśli zrobisz wszystko tak jak w przepisie. Spróbujcie, polecamy!

Składniki:
1 średnia cukinia
2 cebule (mogą być białe słodkie)
3-4 pomidory
100 g sera koziego
2 łyżeczki zielonego pesto*
garść bułki tartej
sól, pieprz

Potrzebne przybory:
naczynie żaroodporne/glinianka

Przygotowanie:
ok. 15 min. + ok. 30 min. pieczenia (180 st. C)

Włączamy piekarnik, aby się rozgrzewał.

Z cukinii wycinamy miękki środek z pestkami (jeśli jest), kroimy wzdłuż na cienkie plasterki. Cebulę i pomidora kroimy w talarki (3-5 mm). Ser jeśli jest twardy kroimy w plasterki, miękki będziemy rozkruszać. Wszystkie produkty dzielimy na 2 części.

Bierzemy jedną część warzyw. W naczyniu zaczynamy od ułożenia cukinii szczelnie zakrywając dno i solimy. Rozdzielamy w krążki cebulę, posypujemy nią cukinię, solimy i pieprzymy. Na niej rozkładamy pomidory, również solimy i pieprzymy. Skrapiamy w kilku miejscach 1 łyżeczką pesto* i układamy/posypujemy połową sera. W identyczny sposób nakładamy warstwy z drugiej części produktów. Na końcu posypujemy tartą bułką.

* Jeśli nie macie w domu pesto można utrzeć w moździerzu garść liści bazylii, kilka igiełek świeżego rozmarynu i kilka kaparów ze szczyptą soli i oliwą.

Naczynie wstawiamy do nagrzanego piekarnika, nie przykrywamy. Danie jest gotowe jak warzywa zmiękną, a bułka na wierzchu się zrumieni.

Mam nadzieję, że też je pokochacie!

Foto przed wstawieniem do pieca

niedziela, 18 maja 2014

Potrzeba matką wynalazków - domowa pasta tahini

Mamy właśnie weekend z ciecierzycą. Do tej pory wykorzystywaliśmy ją albo do przygotowania falafli, albo jako główny składnik sałatek (na ciepło i zimno). Jednak przyszedł ten dzień, kiedy w naszym domu zagościł domowy hummus. Po przejrzeniu kilku przepisów wiedziałam już, że jest to prosta w wykonaniu pasta, którą można wykorzystać na wiele sposobów. Pojawił się jednak problem - brak pasy sezamowej, powszechnie znanej jako tahini, bez której hummus udać się nie może.

Hummusowa potrzeba była jednak silniejsza. Postanowiłam więc zaimprowizować i zrobić potrzebny składnik samodzielnie. Jakież było moje zaskoczenie, gdy eksperyment się udał, a w dodatku zajęło to wyjątkowo mało czasu. Dodatkową zaletą domowej pasty jest jest cena. 400 g opakowanie tahini w sklepie kosztuje ok. 18 zł. Natomiast 400 g sezamu to koszt ok. 8 zł. Zatem przygotowując ją w warunkach domowych nie wydamy więcej niż 10 zł za tę samą gramaturę.

Składniki:
100 g ziaren sezamu
2 łyżki oliwy z oliwek/oleju sezamowego/innego oleju roślinnego
opcjonalnie: sól morska

Potrzebne przybory:
patelnia
moździerz, ew. blender

Przygotowanie pasty zajmie ok. 15 min. Zaczynamy od uprażenia na suchej patelni ziaren. Powinny nabrać złotego koloru, ale nie wolno ich przepalić. Lepiej żeby część pozostała blada, niż żeby kilka spalić. Będą wówczas gorzkie i zepsują smak pasty. Uprażony sezam przesypujemy do miseczki i czekamy aż ostygnie.

Ja moje tahini przygotowałam ręcznie w moździerzu. Głównie dlatego, że przy eksperymencie korzystałam z małej ilości składników oraz ta metoda daje większą kontrolę nad tym co się dzieje. Uprażone ziarna wsypałam do moździerza (dzieląc je na 2 części, gdyż nie jest on duży) i rozpoczęłam ucieranie. Dodałam też szczyptę drobnej soli morskiej, aby się lepiej ucierało. Można tak zrobić, jeśli nie planujemy wykorzystania pasty do dań na słodko. Po ok. 3 minutach ziarna zmniejszyły objętość i zamieniły się częściowo w lekko klejącą masę. Doprowadziłam do takiego samego stanu pozostały sezam. Następnie połączyłam je i nadal ucierając zaczęłam dodawać oliwę. Po kolejnych 2-3 minutach otrzymałam gładką, klejącą i intensywnie pachnącą pastę. Przełożyłam ją do słoiczka i o wykorzystaniu czubatej łyżeczki do hummusu, resztę schowałam do lodówki. Myślę, że następnym razem przygotuję większą ilość i wówczas skorzystam z blendera do pierwszej fazy rozcierania ziaren. I to tyle. Powodzenia.





niedziela, 4 maja 2014

Domowe fast foody - burgery z soczewicy

Niemalże 4 lata temu, jednym z pierwszych przepisów jaki wrzuciłam na bloga był ten na domowe hamburgery - klasyczne, ze smażonej wołowiny, z majonezem  i podawane z frytkami. Pyszna to potrawa i mimo ostatnich drastycznych zmian w sposobie odżywiania mojej rodziny, wciąż, raz na jakiś czas, na naszych talerzach się pojawia. Jednak postanowiłam poeksperymentować. Skoro można robić różne bezmięsne kotlety, które są smaczne, to znaczy, że również wegetariańskie burgery mogą się udać.

Pierwsze podejście zrobiłam wykorzystując jako główny składnik falafel. Mój mąż robi świetne ciecierzycowe kuleczki, więc przy którejś z okazji zrobiłam z części masy kotlety i upiekłam w piekarniku. Efekt smakowy był rewelacyjny, jednak forma nieco rozczarowała - upieczone falafle zaraz po przestygnięciu robiły się suche i twarde. Minęło trochę czasu i podjęłam kolejną próbę.

Tym razem wybór padł na czerwoną soczewicę. Woreczek tego bogatego w białko i wiele składników odżywczych produktu już od jakiegoś czasu czekał na przetestowanie. Nigdy wcześniej ani nie przygotowywałam, ani nawet nie jadłam żadnej potrawy zawierającej to strączkowe warzywo. Jedynie słyszałam i czytałam o nim trochę - same pozytywy. Znalezienie w sieci sposobu gotowania też nie było trudne.

Często potrawy w mojej kuchni powstają z połączenia kilku przepisów i odrobiny intuicji. Tak też było i w tym przypadku. Poczytałam jak inni przygotowuję kotlety i z tą wiedzą przystąpiłam do eksperymentu. Wyszło świetnie. Kotleciki były smaczne, a całe burgery rewelacyjne. Na stałę zagoszczą w naszym życiu, zwłaszcza, że ich przygotowanie jest proste i zajmuje stosunkowo mało czasu (jak się wszystko dobrze zaplanuje).

Składniki

250 g czerwonej soczewicy
2 łyżki płatków owsianych
1 jajko
1 marchewka
3-4 łyżki mąki do związania masy (użyłam po 2 łyżki zwykłej pszennej i jaglanej)
przyprawy: sól, biały pieprz, kumin, mielona kolendra, słodka czerwona papryka, czosnek niedźwiedzi, sok z cytryny.

Soczewicę na godzinę namaczam w zimnej wodzie, która powinna przykrywać ziarna warstwą min. 3 cm. Po tym czasie odcedzam ją na sicie i zalewam w garnku świeżą wodą, lekko solę, stawiam na średnim ogniu. Gotuję do miękkości, aż zrobi się lekka papka z częściowo nierozgotowanymi elementami. Odsączam dokładnie na sicie i zostawiam do wystygnięcia. Do chłodnej soczewicy dodaję startą na grbych oczkach marchewkę i resztę składników. Przyprawiamy według uznania. Masa powinna być wyraźnie słona. Jej konsystencja przypomina gęstą masę na placki ziemniaczane. Myślę, że jeśli zdecydujecie się je smażyć trzeba będzie dodać ze 2 łyżki mąki/kaszy mannej/bułki tartej dla zagęszczenia.

Piekarnik rozgrzewam do 180 st.C. Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia łyżką nakładam kotleciki średnicy bułek o grubości do 1 cm. Piekę ok. 20 min, w połowie przekładam delikatnie na drugą stronę. Powinny być lekko rumiane.

Do przygotowania burgerów potrzebujemy:
- świeżo upieczone kotlety
- bułki z własnego wypieku - odkryłam kilka dni temu wspaniały przepis na pszenne bułki Małgosie na blogu White Plate. Podejrzewam, że już nigdy nie kupię bułek w sklepie. Te są pyszne, wilgotne, łatwe w przygotowaniu. Nadają się zarówno do klasycznych kanapek śniadaniowych (zarówno ja z mężem, jak i nasze dzieciaki je pokochaliśmy), jak i do tych na ciepło. Wielkie podziękowania dla Liski, że je wymyśliła :)
- pomidor
- czerwona cebula
- dojrzałe avocado
- sałata rukola/roszponka
- żółty ser lub grecka feta
- słodki sos - mąż, który jest mistrzem w ich przygotowaniu, zamieszał tym razem majonez z musztardą, koncentratem pomidorowym, oliwą z oliwek i kilkoma kroplami oleju sezamowego, z dodatkiem białego i czarnego pieprzu, cukru, octu winnego, soli i sosu sojowego. Do rozrzedzenia użył po prostu wody.

Bułkę rozkrajam i lekko podgrzewam w piekarniku. Na spodzie układam po kolei sałatę i cebulę, sos, kotlet, sos, ser, avocado i pomidora w plasterkach, sos. Przykrywam górną częścią i gotowe.


(zdjęcie nie jest rewelacyjne, ale nie mogliśmy się powstrzymać przed spróbowaniem i tylko telefon był pod ręką)


I tak zaczęła się prawdopodobnie długa przyjaźń - soczewica w mojej kuchni pojawi się na stałę. Już nie mogę się doczekać kolejnych z nią eksperymentów.

piątek, 2 maja 2014

4 tygodnie dla ciała i duszy, czyli moje refleksje po Poście Daniela

Okres Wielkiego Postu postanowiłam w tym roku tak wykorzystać, aby zrobić coś zarówno dla ciała jak i dla duszy. Jako, że po dwóch ciążach, długich karmieniach i późniejszym "braku czasu" dla siebie zapuściłam się nieco, od kilku miesięcy nosiłam się z zamiarem zrobienia porządków w organizmie, czego efektem powinno być pożegnanie z nadprogramowymi kilogramami, uczuciem ciągłego zmęczenia i brakiem chęci na cokolwiek. 12 marca rozpoczełam więc post warzywno-owocowy dr Dąbrowskiej, znany także jako Post Daniela (spotykamy się z nim w Starym Testamencie w księdze Daniela (1, 12-13)).

Post ten ma na celu oczyszczenie organizmu poprzez przestawienie go na spalanie wewnętrzne. Nie jest to zatem dieta, której celem jest zmniejszenie wagi (choć taki jest "efekt uboczny"), a metoda leczenia i poprawienia funkcjonowania naszej świątyni duszy.

Nie będę się rozpisywać o szczegółach, te można znaleźć w książce dr Ewy Dąbrowskiej "Ciało i ducha ratować żywieniem" (do znalezeinia np. tu). Podstawowe zasady to:
- jemy tylko warzywa (bez ziemniaków i strączkowych) i niesłodkie owoce (jabłka, cytryny, kiwi, grejpfruty)
- pijemy duuuuużo wody i herbatek ziołowych
- eliminujemy (lub chociaż ograniczamy) używki (kawa, mocna herbata, papierosy)
- staramy się chociaż 30 min. dziennie spędzić na świeżym powietrzu (spacer, bieganie), ew. na basenie
- dla uzyskania porządanego efektu samoleczenia stosujemy min. 2 tygodnie, max. 40 dni.

Podczas postu możemy zaobserwować kilka etapów. U mnie wyglądało to tak:
- przez pierwsze 2-3 dni organizm cierpiał z powodu niedostatecznej ilości kalorii, a co za tym idzie energii. Pojawiła się apatia, brak siły, zmęczenie i senność. Jednak najbardziej doskiwerał głód, a wszelkie zachcianki właśnie wtedy dały o sobie znać. Na szczęście w 4 dniu te dolegliwości powoli zaczęły zanikać (oprócz zachcianek, które wciaż zachęcały do złego).
- od 4 dnia do ok. połowy 3 tygodnia (16-18 dzień) trwał okres oczyszczania. Twarz zieniła się w biedronkę, toksyny i złogi wychodziły wszystkimi możliwymi miejscami, wzmożyła się nieprzyjemna potliwość, włosy się przetłuszczały, itd... Dodatkowo co kilka dni odzywały się ze wzmożoną siła wszelkie moje choroby i dolegliwości, nawet takie, o których już dawno zapomniałam. Nazywa się to kryzysem ozdrowieńczym i oznacza, że organizm prawidłowo reaguje na zastosowaną kurację. Każda z chorób leczyła się osobno, dawała o sobie znać przez 2-4 dni i jej objawy nagle znikały (choć "normalnie" powinny męczyć min. tydzień lub dłużej).
- po pierwszym tygodniu postu powoli zaczęła spadać waga. Najbardziej zauważalne spadki były w 4 tygodniu. W sumie w ciągu 28 dni schudłam prawie 7 kg, co stanowiło ok. 10% pierwotnej wagi ciała. Co ciekawe, po powrocie do spożywania innych produktów schudłam jeszcze 1 kg i od 2 tygodni utrzymuję tę wagę (a po drodze była Wielkanoc) jedząc pełnowartościowe posiłki.
- po 7-10 dniach znikło zupełnie czucie głodu, a żołądek odczuwalnie się skurczył. Jadłam 2-3 posiłki dziennie i wypijałam poza wodą 2 szklnki soku (najczęściej pomidorowego lub wielowarzywnego).
- w 4 tygodniu mocz przestał mieć jakikolwiek kolor i zapach

Nie będę ukrywać, że były momenty kryzysowe. Pojawiły się kilka razy napady głodu lub potrzeba zjedzenia czegoś konkretnego. Przez 4 tygodnie 2 razy pozwoliłam sobie na zjedzenie po jednym pieczonym ziemniaku, kilka razy podjadałam suszone żurawiny lub morele (po kilka sztuk za jednym razem) i ze 2 razy przegryzłam po garści orzechów (włoskich i nerkowców). Nie zaobserwowałam, aby wpłynęło to negatywnie na proces oczyszczania. Piszę to, żeby nie było, że taka jestem twarda i konsekwentna. Ale też po to, żeby pokazać, że z trudnymi momentami można zawalczyć w miarę nieinwazyjny sposób.

A jakimi efektami po 4 tygodniach "na trawie i jabłkach" mogę się pochwalić? Jest tego długa lista. Choć to dość osobiste, napiszę o głównych dolegliwościach jakich się pozbyłam, aby zmotywować do skorzystania z tej metody odtruwania organizmu.

Choroby i dolegliwości jakie przestały mi doskwierać:
- alergiczny katar - nabawiłam się go w pierwszej ciąży w pracy, prawdopodobnie przez słabo czyszczoną klimatyzację. Przez ponad 4 lata miałam ciągły typowo alergiczny wodnisty katar - poza tymi okresami, kiedy dłużej niż przez dobę nie byłam w biurze). Od 3 tygodni mogę znów swobodnie oddychać.
- bóle odcinka lędźwiowego kręgosłupa, spowodowane napięciem mięśniowym wynikającym z siedzącego i stresującego trybu pracy, braku ruchu i lekkiej nadwagi. Bóle trwały zazwyczaj ok. 2 tygodni od pojawienia się.
- wieczorna senność, która przychodziła nagle i niezapowiedzianie kilka razy w tygodni, a powodowała w ciągu jednej chwili zapadnięcie w głęboki mocny sen.
- krwawienie dziąseł i kamień nazębny - przez ponad 10 lat, od czasów stałego aparatu ortodontycznego, cierpiałam na częste, długotrwałe zapalenia dziąseł objawiające się krwawieniem. Objawy te znacznie zelżały, krwawienia zdarzaja się sporadycznie. Głównie dlatego, że podczas postu, mniej więcej po 2 tygodniu, zęby "same" oczyściły się z kamienia.
- dolegliwości przed i podczas menstruacji - zniknęły bóle brzucha, wysyp na twarzy, dzień "wiecznego głodu", itp.

Dodatkowo zyskałam:
- gładką jak u dziecka skórę
- wagę idealną w stosunku do wzrostu i lepszą figurę (spadł cały pociążowy brzuch i nie pozostała po nim rozciągnięta skóra)
- wzmocniły się i zaczęły błyszczeć moje włosy
- paznokcie są zdrowsze i mocniejsze, przestały się rozdwajać
- mam dużo więcej energii i motywacji do działania
- czuję się zdrowsza i atrakcyjniejsza
- mam dużo większą motywację, aby zdrowo jeść i gotować (dla całej rodziny)
- po posiłku czuję, jeśli jakieś danie lub produkt mi nie służą, mogę więc eliminować to co mi szkodzi

Podsumowanie Postu Daniela może być tylko jedno - polecam każdemu. Nawet jeśli będą to 2 tygodnie, to odczujecie na własnym ciele, jak dużo dadzą. Dla mnie był on początkiem zupełnie innego spojrzenia na odżywianie, docenieniem mądrości organizmu i możliwością wsłuchania się w to co mówi do mnie moje ciało. Od miesiąca jem dużo mniej (czytaj: wystarczająco) i zdrowiej. Spożycie mięsa ograniczyłam do minimum - nie z powodu jakichś przekonań czy mody, a dlatego że to ogólnodostępne jest słabej jakości i źle się po nim czuję. Raz w tygodniu kupuję dobrą wołowinę lub baraninę i to wystarcza. Doświadczam radości z jedzenia oraz możliwości kulinarne jakie dają kasze, warzywa i nabiał. Mam nadzieję, że starczy mi zapału i będę się dzielić z Wami przepisami na dania, jakie pojawiają się teraz w naszej kuchni.

Dzisiaj upiekłam po raz pierwszy pszenne bułki. Są przepyszne. już nigdy nie kupię żadnych w sklepie. Jutro postaram się wrzucić przepis zarówno na nie, jak i na chleb na zakwasie, który już od ponad roku gości pod naszym dachem.

środa, 16 kwietnia 2014

Nature's Bakery - odkrycie roku

Przez 4 tygodnie Wielkiego Postu trzymałam się postu warzywno-owocowego. To doświadczenie (o którym powstaje powoli osobny wpis), podczas którego oczyściłam organizm, spowodowało również diametralną zmianę podejścia do codziennego żywienia całej rodziny. Ograniczyliśmy do minimum spożycie mięsa, wyeliminowaliśmy niezdrowe tłuszcze i węglowodany, zwracamy większą uwagę na jakość produktów. Efekty są widoczne już po kilku dniach. Ale nie o tym dzisiaj.

Podczas popołudniowych zakupów typu cukier i mleko w lokalnej Żabce moją uwagę przykuł jeden z produktów na półce ze słodyczami przy kasie. Na opakowaniu przypominającym paczkę ciasteczek zauważyłam napis: Fig Bar. Opakowanie zupełnie "nieatrakcyjne" w porównaniu z resztą artykułów. Stonowane odcienie, wszystko w kolorach fioletowo-bordowych, dużo napisów. Jako, że produkty z figami zawsze mnie wołają podniosłam paczuszkę i zaczęłam czytać. "Baton z mąki pszennej razowej z pełnego przemiału. Figowy. Wyprodukowany na bazie naturalnych składników..." To mi wystarczyło. Wrzuciłam do koszyka z postanowieniem przeprowadzenia testu. Cena przystępna - 3 zł. Na półce były jeszcze 2 inne smaki - malinowy i jagodowy. Poczekają.

W domu mąż, który słodycze lubi bardzo, od razu otworzył paczuszkę. Po 3 sekundach od pierwszego kęsa powiedział tylko jedno. Od dzisiaj będziemy jeść tylko takie słodycze. Podał mi drugie ciasteczko z paczki. Wyglądający niepozornie kwadracik w kolorze chleba razowego nie wyglądał zachęcająco. Jednak jeden kęs wystarczył, abym również pokochała ten produkt. Tak powinny smakować słodkie przekąski. Zaczęłam studiować opwakowanie. Okazuje się, że produkt ten dotarł do nas zza oceanu, z amerykańskiej firmy Nature's Bakery. Jest bez cholesterolu, składników mlecznych, tłuszczy trans i GMO, a do tego koszerny i odpowiedni dla wegan. Samo zdrowie. W jednym batoniku znajduje się 110kcal.

Firma Nature's Bakery ma w Polsce importera, jednak w sieci o dostępności czy możliwości zakupu nic się nie dowiemy. Jest dostępna zaledwie polska strona naturesbakery.pl. A liczyłam na jakieś hurtowe zakupy na allegro. W takim układzie jutro lecę wykupić wszystko co mają w moim sklepie. Jak traficie na taki produkt to kupujcie. Warto.


sobota, 18 lutego 2012

Chaczapuri na polską modłę

Jakiś czas temu, przy okazji wizyty w stolicy, miałam okazję zapoznać się z jednym ze sztandarowych dań kuchni gruzińskiej - chaczapuri. Tak pięknie wyglądające w oryginale słowo ხაჭაპური oznacza w wolnym tłumaczeniu "chleb serowy" i jest dla tamtejszej kuchni tym samym co pita w kuchni arabskiej, tortilla w hiszpańskiej czy pizza we włoskiej. W naszej słowiańskiej tradycji mamy pełniące tę samą rolę podpłomyki.

Serowe chlebki przypominają wyglądem trochę nasze naleśniki. Ich smak jednak jest zupełnie inny. I zapada w pamięć. Na tyle głęboko, że chce się do nich wrócić. Moja potrzeba powrotu do chaczapuri zaowocowała opracowaniem wersji domowej. O dziwo efekt niewiele ustępuje smakiem i wyglądem tym z ul. Puławskiej, z małego baru prowadzonego przez dwie Gruzinki.

Znalezienie przepisu wydawało się proste. W sieci jest kilkanaście serwisów poświęconych kuchni. Jednak każdy przepis jaki znalazłam różnił się znacząco od pozostałych. Postanowiłam więc postawić na prostotę i wypróbowałam ten przepis na ciasto, a nadzienie metodą prób i błędów opracowałam sama.

Składniki (na 2 duże placki):

Ciasto:
- szklanka maślanki
- całe jajko
- ok. 2 szklanek mąki (aby powstało sprężyste ciasto do cienkiego rozwałkowania, jak na pierogi)

Farsz:
- 15 dag twarogu typu krajanka
- pół kulki mozarelli
- 1/3 opakowania sera typu bałkańskiego z Lidla (lub innej fety greckiej, byle nie tej naszej słonej i mażącej się)
- całe jajko
- łyżka masła
- sól i pieprz

Narzędzia:
- 2 miski
- wałek do ciasta (lub butelka np. po winie)
- duża patelnia (ok. 30 cm średnicy) przesmarowana masłem

Najpierw przygotowujemy farsz. W misce rozgniatamy widelcem wszystkie sery, dodajemy masło i jajko, mieszamy na jednolitą masę. Doprawiamy solą i pieprzem. Dzielimy na 2 części, przykrywamy i odstawiamy (nie do lodówki).

Wszystkie składniki ciasta mieszamy, dosypując stopniowo mąkę musimy uzyskać jednolitą kulkę, która nie klei się do rąk, a ciasto po rozciągnięciu jest sprężyste. Najlepiej zacząć w misce, a później wygnieść ciasto na blacie (podsypując mąką). Zagniecione ciasto dzielimy na 4 równe części. Rozwałkowujemy 2 z nich na cienkie placki o średnicy nieco większej niż patelnia jaką dysponujemy. Pamiętajcie o podsypywaniu placków mąką, aby się nie przykleiły do blatu.

Rozgrzewamy patelnię i przesmarowujemy ją lekko masłem, tak aby była natłuszczona ale sucha. Na jednym z placków rozsmarowujemy połowę farszu, zostawiając ok. 1,5 cm brzegu. Nakładamy drugi placek, zlepiamy i zawijamy brzegi. Przewałkowujemy, aby rozprowadzić farsz. Delikatnie przenosimy na patelnię, przykrywami i pieczemy póki ciasto od spodu się nie zrumieni (ok. 5 min.). Przewracamy i dopiekamy z drugiej strony, już bez przykrycia. Bąble powietrza są naturalnym zjawiskiem. Po zdjęciu z patelni jeszcze ciepłe kroimy na 6 części.

My najczęściej zjadamy najpierw ten pierwszy placek, a dopiero później robię drugi. Ale można przygotować drugi od razu, a pierwszy przechować w nagrzanym piekarniku.

Do chaczapuri świetnie pasują wszystkie sosy na bazie jogurtu bałkańskiego, najbardziej delikatne tzatziki.

Efekt końcowy jest taki:


SMACZNEGO!

środa, 25 stycznia 2012

Sexy-mama na specjalne okazje

Jedną z obaw kobiet, które już są w ciąży lub planują zostać mamą, jest to jak stan błogosławiony wpłynie na ich wygląd i czy pojawienie się nowego członka rodziny nie pozbawi ich świetnego wyglądu na co dzień. Co poniektóre panie myśl o utracie figury i stylu skutecznie zniechęca do przedłużania gatunku, a te które się już zdecydują często popadają w depresję dresowo-bezfryzurową.

Na potwierdzenie tezy, że jest to problem poważny i występujący powszechnie, przywołam popularność programu Kasi Cichopek "Sexymama". Kobiety, które są już mamami zgłaszają się, aby zostać "wyciągniętymi na ludzi" przy pomocy stylistów, diet, fryzjerów, tańca i oczywiście rozmów z prowadzącą (panią psycholog żeby nie było). Program niemalże odmienia ich życie, choć tę odmianę powinny, mym skromnym zdaniem, przeżyć chwilę wcześniej, kiedy to wydały na świat nowego obywatela.

Rozumiem, że każda kobieta chce ładnie wyglądać, podobać się i bez odrazy patrzeć w lustro. Rozumiem też, że nie dla każdej wejście w nową rolę, jaką jest bycie mamą, przychodzi łatwo. Zdaję sobie również sprawę, że z każdego często występującego problemu łatwo zrobić trend i zarobić na tym pieniądze tworząc popularny show w telewizji (Superniania, Perfekcyjna Pani Domu, Jak się nie ubierać... wymieniać można by długo). Smuci mnie jednak i wciąż nie pozwala zrozumieć jak to jest możliwe, że kobieta z powodu pojawienia się w jej życiu największego szczęścia i cudu, jaki można sobie wyobrazić, MAŁEGO CZŁOWIEKA, popada w depresję z powodu dodatkowych kilogramów i fałdy na brzuchu! Że zajmuje jej głowę, a przy okazji nie pozwala się cieszyć nową sytuacją, fakt braku codziennego makijażu i modnego ubioru! I wreszcie pojawia się w głowie myśl, że przez wspomniane wcześniej "problemy" przestała być atrakcyjna dla swojego mężczyzny (a przecież właśnie obdarowała go POTOMKIEM!). Nawet jak to piszę po raz kolejny przeżywam szok, że takie problemy faktycznie istnieją.

Myślę, że jak zwykle zło zrodziło się w szklanym pudle i kolorowej prasie, które to media wykorzystały postępujący brak myślenia i analizowania. W programach lansujących stanowisko, że zawsze TRZEBA BYĆ piękną, zadbaną, ubraną, uczesaną oraz wybitną każdego dnia w alkowie kobietą, bo inaczej jesteś "zahukaną kurą domową". W rozmowach ze "sławnymi", których postępowanie staje się wzorem do naśladowania. W gazetach z wygładzonymi sesjami zdjęciowymi i poradami "ekspertów", którzy mówią jak powinno wyglądać Twoje życie. Te wszystkie przekazy skutecznie zaburzają priorytety, co prowadzi tylko do złego.

A przecież bycie matką to najpiękniejsze doświadczenie w życiu (również bycie ojcem, ale nie o tym dzisiaj). Bycie matką nie zabiera kobiecości, wręcz odwrotnie. To co nas definiuje jako kobiety to nie to jak wyglądamy, a to co gromadzimy w sobie. Każde pozytywne doświadczenia, każdy uśmiech dziecka, jego sukces czy wspólny udany dzień może zdziałać więcej niż najlepszy makijaż czy wizyta w SPA. Trzeba tylko na to pozwolić. Dzień spędzony w dresie może być równie udany jak ten sam dzień w modnej sukience. Wychowywanie dzieci może być tak atrakcyjne jak skoki ze spadochronem. Wszystko zależy od nastawienia. Warto się postarać.

Cieszę się, że moje priorytety pozwalają mi czerpać garściami z kobiecości, nawet w dresie. Bo bycie matką to bycie kobietą spełnioną, a nie sexy-mamą. A jeśli tylko zdarza się okazja dokładam makijaż, sukienkę i wtedy dopiero robię wrażenie.

środa, 15 grudnia 2010

Z tradycją za pan brat, czyli adwentowe przygotowania - cz. 2

Gar bigosu już czeka na balkonie, przykryty puchową pierzynką. Jako, że co poniektórzy męczyli mnie o przepis, postanowiłam się nim podzielić. Mój bigos to efekt wielu lat prób i błędów, dodawania i odejmowania poszczególnych składników. Swój początek wziął od przepisu na bigos myśliwski z prawdziwą dziczyzną. Został jednak przystosowany do realiów miejskich. Jak kiedyś (mam nadzieję, że szybciej niż później) wybudujemy nasz wymarzony drewniany domek pod lasem, to wrócę do przepisu oryginalnego.

Zacznijmy więc od składników:
3kg kapusty kiszonej z sokiem, najlepiej z beczki (mocno kwaśnej)
mała główka białej kapusty
po 0,5-0,7 kg mięs: udo z indyka, łopatka/szynka wieprzowa, wołowina
ok. 0,5 kg boczku wędzonego, sparzonego
2 długie dość tłuste kiełbasy (toruńska, podwawelska, itp)
20 dag suszonych grzybów
3 duże cebule
butelka półsłodkiej Kadarki
po garści rodzynek i suszonych śliwek
3 łyżki płynnego miodu
przyprawy: liść laurowy (4szt.), ziele angielskie (12 kulek), owoce jałowca (8 kulek)
oliwa lub smalczyk do smażenia

Przygotowanie:
Dzień 1
Kapustę kiszoną z sokiem wrzucamy do gara, zalewamy wrzątkiem tak żeby całą przykryć. Gotujemy na małym ogniu 2-3 godziny, uzupełniając jeśli trzeba wody żeby się nie przypaliła. Białą kapustę szatkujemy i przelewamy wrzątkiem. Dodajemy do obgotowanej kiszonej, jeśli ta będzie już miękka. Gotujemy razem jeszcze z godzinę. Pilnujemy żeby się nie przypaliła. Odstawiamy na balkon

Dzień 2
Zagotowujemy kapustę. Dodajemy liście laurowe i ziele angielskie.
Grzyby zalewamy wrzątkiem na godzinę. Wyjmujemy z wody i kroimy, ale nie siekamy. Wodę z grzybów wlewamy do kapusty. Dorzucamy grzyby. Gotujemy razem do 2 godzin.
Cebulę kroimy w piórka, kiełbasę w półksiężyce - podsmażamy razem najlepiej na smalczyku. Dodajemy do kapusty i gotujemy jeszcze koło godziny. Odstawiamy na balkon.

Dzień 3
Indyka i wieprzowinę kroimy w kostkę jak na gulasz i każde z osobna podsmażamy. Wołowinę kroimy w bitki, obsmażamy, zalewamy wrzątkiem i dusimy do miękkości. Następnie kroimy na mniejsze kawałki.
Boczek kroimy w kawałki podobne do mięsa. Wszystko dodajemy do kapusty wraz z jałowcowymi kulkami i dusimy na małym ogniu koło godzinki. Jeśli brakuje płynu powoli dolewamy wino. Odstawiamy na balkon

Dzień 4
Bigos już jest świetny. Zagotowujemy, zmniejszamy ogień, dolewamy znowu wino i niech sobie pyrka ze 2 godzinki. Na koniec na patelnię wylewamy miód, dorzucamy rodzynki i pokrojone śliwki. Pilnujemy żeby się nie przypaliło. Jak rodzynki i śliwki naciągnął miodem wlewamy wszystko do bigosu. Dolewamy wino (jeśli jakieś zostało). Dajemy mu jeszcze z godzinkę i na balkon.

Bigos jest gotowy i z pewnością pyszny. Jeśli po drodze się przypali tym lepiej dla niego. Jeśli na balkonie przemarznie to jeszcze lepiej.

Jeśli nie mamy miejsca w zamrażarce wystarczy codziennie go przegotować i wystawiać na balkon. Do Świąt będzie nabierał smaku.

A jak już będzie po pieczeniu szynek, schabów i innych mięsiw to warto, dla uzyskania ostatecznego smaku, dolać do bigosu te wszystkie tłuszczyki z sokami po pieczeniu.

Ale to jeszcze nie koniec na dzisiaj. Bijąc się w piersi i przepraszając, bo minęło już kilka dni od obiecanego wpisu, zamieszczę jeszcze jeden przepis. Przepis na śledzie.

Jakem gdynianka z urodzenia i dorastania, śledzie są potrawą od zawsze goszczącą w moim jadłospisie. Na szczęście dzielę swoją fascynację tą jakże polską rybą z moim mężem. Śledzie jemy w każdej postaci - w oleju, w śmietanie z ziemniaczkami, opiekane w zalewie octowej, koreczki, rolmopsy...długa i nieskończona to lista.

Jednak najbliższe podniebieniom naszym jest to co najprostsze, czyli śledzie w oleju. A że Wigilia tuż tuż, jakże by mogło bez nich właśnie na stole się obejść. I chodź wydaje się to banalne, że trzeba na nie podawać przepis, ja to zrobię. Gdyż diabeł tkwi w szczegółach.

Produkty:
1. Śledzie
Najlepiej jak w czwartkowy poranek pojedzie się po nie do Orłowa na plażę i kupi wprost z kutra od rybaka, który właśnie wyciągnął je z Bałtyku. Następnie wyfiletuje, zaleje na kilka dni wodą z solą morską i dopiero wówczas przygotuje dalej. Dla tych jednak co nie mają takiej możliwości, pozostaje kupienie filetów śledziowych solonych. Najlepiej z beczki w sklepie rybnym. Po pierwsze widzimy co kupujemy, po drugie mamy gwarancję świeżości. Kupowania śledzi w zamkniętych opakowaniach czy wiaderkach nie polecam. Z takich nigdy dobry śledź w oleju nie wyjdzie.
2. Cebula
W mojej wersji cebulka jest czerwona. Pokrojona w kosteczkę o boku ok. 3mm.
3. Olej słonecznikowy lub rzepakowy
4. Pieprz
5. Ocet spirytusowy

Potrzebna też będzie duża miska/salaterka porcelanowa/szklana

Przygotowanie (z kilograma ryby):
- sprawdzamy jak bardzo słone są śledzie. Jeśli bardzo zalewamy je zimną wodą i zostawiamy na godzinę. Po godzinie wylewamy wodę, opłukujemy śledzie i zalewamy ponownie zimną wodą, do której dolewamy pół szklanki octu. Zostawiamy na kolejną godzinę. Jeśli śledzie nie są bardzo słone wykonujemy tylko drugą czynność;
- śledzie kroimy w dzwonka o szerokości ok. 2 cm. Układamy ściśle na dnie miski jedną warstwę. Oprószamy lekko świeżo zmielonym pieprzem. Przykrywamy warstwą ok. 1cm cebulki. Układamy kolejne warstwy śledzi i cebuli, co drugą warstwę lekko pieprzymy. Na zakończenie śledzie muszą być przykryte cebulką;
- zalewamy olejem póki nie przykryje on całej cebulki
- wstawiamy do lodówki na przynajmniej 2 godziny.

I to tyle. Do śledzika oczywiści niezbędny świeży chlebek z masełkiem oraz dobr, zmrożona czysta wódeczka. Smacznego!

No i na opowieści o przygotowaniach nie za wiele czasu zostało. W tym tygodniu z najważniejszych rzeczy warto pamiętać o przygotowaniu list kulinarnych. Ja robię dwie. Na pierwszej z nich umieszczam wszystkie potrawy, które mamy zamiar przygotować - zarówno dla siebie jak i "na wynos". Dodatkowo rozplanowuję, co kiedy będę robić, żeby się nie okazało że całą Wigilię spędzę przy kuchni. W kończy trzeba mieć w tym dniu choć trochę czasu dla siebie. Druga lista to spis rzeczy, które trzeba zakupić. Noszę ją w portfelu i dzięki temu nie zdarza mi się, że czegoś zabraknie, jak sklepy będą już zamknięte.

Raz jeszcze życzę powodzenia przy gotowaniu. Smacznego!!

czwartek, 2 grudnia 2010

Z tradycją za pan brat, czyli adwentowe przygotowania - cz.1

Kilka dni temu rozpoczął się cudowny czas, przez wielu niedoceniany, czas oczekiwania i przygotowywania się na Święto. Już za niespełna 4 tygodnie będziemy cieszyć się i radować. Poczujemy magię, o której więcej przeczytacie na blogu Siekiera do pnia przyłożona. Ja chcę pisać o przygotowaniach.

Dla mnie cały grudzień to już właściwie Święta. Bo przecież nie chodzi tylko o te 2 dni obżarstwa, siedzenia z rodziną przy stole i nicnierobienia. Święta to jest proces. I tylko czynny udział w adwentowych przygotowaniach daje mi radość z tych kilku oficjalnych dni świętowania i pozwala poczuć Magię.

Początek grudnia to pierwsze kulinarne wyzwania. Zaczynamy od pieczenia piernika, który musi swoje "odleżeć", zawinięty w ściereczkę, aby nabrał mocy. Udało mi się ustalić przepis idealny i w zeszłym roku piernik był wspaniały (przepisem podzielę się na końcu). Jako, że wedle tradycji ciasto zaczynia się po Barburce, weekend przyjdzie czas na tegoroczną próbę. W XVIII wieku było to ciasto symbolizujące zamożność i wysoki status społeczny, ze względu na używane przyprawy korzenne. Dla mnie wciąż pozostaje wypiekiem na tę specjalną okazję, dzięki temu co roku tak cieszy.

Drugą potrawą, którą można przygotować już teraz jest bigos. Dla mnie nie ma Świąt bez bigosu. Takiego bogatego, z różnymi mięsami, grzybami i bakaliami, z dużą ilością czerwonego wina, gotowanego przynajmniej 3 dni. Już po weekendzie bigos zacznie się gotować. I dzięki temperaturze za oknem nie zajmie połowy zamrażarki - po prostu wystawię go na balkon. I będę mieć nadzieję na mróz do samych Świąt.

Pierwsze adwentowe dni to również pierwsze świąteczne dekoracje. Można już wywiesić wieniec nad wejściem do domu. Wręcz należy zapalić świece. My wieszamy na balkonie girlandę z lampkami, które świecą się aż do nowego roku.

W tym roku postanowiliśmy także przywrócić tradycję wysyłania życzeń w zapomniany już przez wielu sposób - pocztą. W tym szaleńczym pędzie świata, nawet tak intymne sprawy jak przesyłanie świątecznych czy urodzinowych pozdrowień, zostało sprowadzone do poziomu maila czy sms'a z wierszykiem. A w najlepszym razie telefonu wykonanego w Wigilię między karpiem, a makowcem.

Nie zgadzam się na to. Czyż nie jest przyjemniej otworzyć skrzynkę pocztową i znaleźć tam kartki od rodziny i przyjaciół? Czyż odręczne pismo i czas jaki ktoś poświęcił na wypisanie życzeń nie znaczą więcej, niż wiadomość złożona ze 160 znaków i wysłana hurtem do wszystkich "kontaktów" w telefonie? Można później te kartki postawić pod choinką i czuć obecność bliskich przy każdym spojrzeniu.

O przygotowaniach pierwszego tygodnia Adwentu to tyle. Teraz zapraszam na ciasto.

PIERNIK ZIMOWY

Składniki:
0,5kg miodu (najlepiej płynnego)
2 szklanki cukru
kostka masła
1kg mąki
3 jajka
1/3 szklanki mleka
2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
pół łyżeczki soli
po 2 łyżki: siekanych orzechów włoskich, skórki pomarańczowej, migdałów i rodzynek
2 torebki przyprawy korzennej

Przygotowanie:
- cukier lekko skarmelizować na patelni
- w garnku na małym ogniu podgrzewać masło, miód i cukier
- do przestudzonej masy dodawać stopniowo mąkę, jajka, sól i rozpuszczoną w mleku sodę
- dodać przyprawę korzenną i dobrze wymieszać
- dołożyć bakalie i lekko przemieszać
- pozostawić w chłodnym miejscu na kilka godzin, aby ciasto dojrzało
- przełożyć do blaszki (lub 2 korytek) i piec godzinę w temperaturze 180 st.C
- po przestudzeniu zawinąć w lnianą ściereczkę, schować do woreczka i odłożyć w suche miejsce na min. 2 tygodnie
- przed podaniem przełożyć powidłami śliwkowymi i oblać gorzką czekoladą

Jak zawsze życzę SMACZNEGO!

środa, 8 września 2010

Łyżką w miskę

Nasz maluch rozpoczął dzisiaj dziewiąty miesiąc życia po tej stronie brzucha. Jest już bardzo ruchliwym małym człowiekiem. Od jakiegoś miesiąca przemieszcza się sprawnie w poziomie (raczkuje od tygodnia!), a także wspina się po meblach (lub rodzicach) i potrafi stać kilka minut.

Te osiągnięcia Michasia pociągnęły za sobą dwie dość znaczące konsekwencje:
1. W niebezpieczeństwie stłuczenia/zgniecenia/podarcia/itp jest wszystko położone niżej niż metr od ziemi;
2. W końcu może się bawić wszystkimi "zabawkami" jakie ma w zasięgu wzroku i rąk nie zważając co my o tym sądzimy.
W odniesieniu do punktu pierwszego jest tylko jedna metoda - oczy dookoła głowy i duuuużo cierpliwości. W tym wieku zakazy słowne nie mają zbyt dużej siły przebicia.
Jeśli zaś chodzi o wspomniane "zabawki" to potwierdza się przekazywana przez dziadków i rodziców prawda, że wystarczy dać dziecku swobodę w używaniu wyobraźni, a nawet kawałek drewna dostarczy niesamowitych wrażeń.

Nasz synek, z wszystkich domowych, zaadaptowanych na zabawki przedmiotów, najbardziej upodobał sobie stare etui na płyty CD wraz z jego zawartością (dostał kolekcję kilku CD do testów organoleptycznych). Mimo kilku bardzo kolorowych, grających i wielofunkcyjnych zabawek, które dostał od wujków i cioć, to właśnie TO, lekko porozdzierane opakowanie, zajmuje nasze dziecko najdłużej.

Kilka dni temu odkrył również, że nic nie wydaje tak głębokiego i głośnego dźwięku, jak uderzanie ręką, lub innym twardym przedmiotem, w odwróconą dnem do góry plastikową miskę. Całe szczęście, że nie odkrył jeszcze półki z metalowymi miskami. Podejrzewam, że dźwięk uderzania metalem o wykafelkowaną podłogę w kuchni spowoduje wielką i długą radość. Zwłaszcza, że znalazł dzisiaj w szafie (sam już sobie odsuwa drzwi w "komandorze") puszkę z guzikami i wielce go zaintrygowała.

Postanowiliśmy, już jakiś czas temu, nie kupować dziecku zabawek. Przynajmniej na razie. Kilka już wspomnianych ma, pluszaki jeszcze go nie interesują (a cała kolekcja czeka), a na LEGO jest jeszcze za mały. Natomiast nie ograniczamy go w poznawaniu wszelkich względnie bezpiecznych sprzętów i przedmiotów, jakie może znaleźć w domu. A z czasem wyjdziemy na podwórko tam szukać zabawkowego raju. Miejmy nadzieję, że będzie, tak jak ja, wspominać łuk i strzały zrobione własnoręcznie z tatą.

Nie muszę chyba dodawać, że u babci synek najlepiej się bawi bijąc wielką plastikową łyżką do sałatki po drewnianym stole.

piątek, 3 września 2010

Niezapomniane smaki z dzieciństwa

Zacznę od dość stanowczego stwierdzenia. Baraninę albo się kocha, albo nienawidzi! Ja należę zdecydowanie do tych kochających mięso z owieczek zarówno dużych jak i małych. Wpływ na tę miłość z pewnością ma pewne wspomnienie z dzieciństwa.

Do dwunastego roku życia mieszkałam na wsi. W domu z ogromnym podwórkiem, sadem, ogródkiem warzywnym (trochę dziwnie to brzmi w odniesieniu do obszaru całego tunelu ogrodniczego), poletkiem truskawek, ziemniaków, itd., itp. Do tej pory jest to dla mnie najcudowniejsze miejsce na ziemi i dążę do tego, aby w podobnym środowisku mogły wychowywać się moje dzieci. I właśnie z tamtego okresu mojego życia pochodzi większość umiłowań kulinarnych.

Wracając do baraniny. Miałam co najwyżej 6 lat, kiedy to mój tato, pewnego dnia, przywiózł do domu pół barana. Było to dla mnie dość duże wydarzenie. Niektórym może się wydać mało ekscytujące, zaznaczę więc, że:
a) był to rok maksymalnie 1988 i wciąż obowiązywały kartki na mięso;
b) byłam małą dziewczynką i na co dzień nie widywałam martwych zwierząt w całości (w tym przypadku w połowie).

Nie pamiętam ile trwało i jak przebiegało przygotowywanie mięsa. Za to w mojej pamięci do końca życia pozostanie smak baranich szaszłyków, wysmażonych na ognisku, które rozpalane było w specjalnie do tego celu wyznaczonym miejscu, przy domowym tarasie (teraz zapewne takie miejsca zastąpiły ogrodowe kominki). Smakowały najcudowniej, były mięciutkie i soczyste...palce lizać!

Od tamtego czasu jeśli tylko mam taką możliwość. baranie specjały spożywam. Nadszedł też niedawno ten dzień, w którym odważyłam się przygotować to cudowne mięso samodzielnie w domu. Efekt był więcej niż zadowalający. Pozwolę podzielić się przepisem, a raczej sposobem na przygotowanie cudownego dania, jakim jest BARANIA KULKA DUSZONA Z KURKAMI.

Składniki (dla dwójki głodomorów):
- około kilograma kulki baraniej z kością
- 30-50 dag świeżych kurek (tych z lasu :)
- mniej więcej 2 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany
- trochę tłuszczu do smażenia (masło, smalec, oliwa - co kto woli)
- 2 duże cebule
- przyprawy: sól, pieprz, 2 liście laurowe, kilkanaście ziarenek kolendry, 3-4 kulki ziela angielskiego

Czas przygotowania: 2-3 dni

Przydatne sprzęty kuchenne: patelnia, głęboki garnek, blender

Przygotowanie:

1. Mięso umyć, jeśli jest wyciąć żółty tłuszcz (im starszy baran tym więcej i bardziej żółty), natrzeć solą i oprószyć świeżo zmielonym pieprzem. Po włożeniu do miski nakryć folią spożywczą i przetrzymać w lodówce przynajmniej 24h.
2. Po dobie mięsko obsmażyć z każdej strony na rozgrzanym tłuszczu (żeby się ścięło z zewnątrz). Na tłuszczu z obsmażania zeszklić pokrojoną w piórka cebulkę.
3. Wrzucić mięso, cebulę z tłuszczem i przyprawy do garnka, zalać wrzątkiem i dusić na małym ogniu, pod przykryciem, do miękkości. U mnie trwało to kilka godzin. Jeśli odparuje za dużo płynu podlewać gorącą wodą.
4. Jak już będzie miękkie zostawić do przestudzenia. Ja odstawiłam wystudzone na noc do lodówki żeby się przegryzło. Z mięsa usunąć kość i podzielić na porcje.
5. Z płynu w którym dusiło się mięso wyjąć liście laurowe i ziele angielskie. Resztę zmiksować. Dołożyć kawałki mięsa i umyte kurki. Doprowadzić do wrzenia, dusić na małym ogniu jeszcze ok. 15-20 min. (do miękkości grzybów).
6. Sos zagęścić śmietaną, jeśli będzie rzadki można użyć nieco mąki. Doprawić do smaku solą i pieprzem (kurki lubią pieprz). I to wszystko

My zjedliśmy z ziemniakami purée doprawionymi gałką muszkatołową.

Powodzenia i smacznego życzę

piątek, 20 sierpnia 2010

Bycie kobietą na cały etat

Siedzę sobie na ławeczce na Bulwarze Nadmorskim w Gdyni (mam to szczęście, że tu mieszkam). Maluch śpi w wózku, więc mam chwilę dla siebie. Odpaliłam kompa i pomyślałam, że czas napisać o tym, co od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. O byciu kobietą (i matką) na pełen etat.

Jakieś 10 lat temu, gdy zastanawiałam się co po maturze zrobić ze swoim "życiem zawodowym", oczywiste było, że trzeba skończyć dobre studia, a potem dostać dobrą (czytaj satysfakcjonującą i dobrze płatną) pracę. Rzucając się na głęboką wodę rozpoczęłam dwa kierunki studiów - jedne z rozsądku, drugie z zamiłowania. Przy okazji doszlifowałam jeden język obcy i nauczyłam się przyzwoicie drugiego. (I nie piszę tego, aby się pochwalić, tylko nakreślić sytuację) W trakcie studiów zaczęłam pracować, pracować, zmieniłam pracę, dalej pracowałam i po niecałej dekadzie od rozpoczęcia aktywności zawodowej, zaczęłam mieć dość. Przejrzałam na oczy i gadka o "samorealizacji przez osiągnięcia zawodowe" przestała mnie przekonywać. Od tego czasu pracuję, żeby mieć na koncie co miesiąc odpowiednią kwotę. To wszystko.

Zostałam matką. Od tej wywracającej nieco życie chwili upłynęło już ponad 7 miesięcy. Powinnam już od przynajmniej kilku tygodni siedzieć w biurze i "wyrabiać normę". Bo przecież czeka kariera! Jak nie wrócisz do pracy to wypadniesz z obiegu. (Dla niewtajemniczonych napiszę, że urlop macierzyński trwa w Polsce maksymalnie 22 tygodnie, co oznacza że niespełna półroczne dziecko powinno się oddać niani, a w najlepszym wypadku babci, na wychowanie.)

Do pracy w biurze nie wróciłam. Nie wyobrażałam sobie zostawić Michałka pod opieką kogokolwiek. Po prostu nie chciałam pozbawiać się tych wszystkich chwil, gdy patrzysz jak TWOJE dziecko się rozwija. Udało mi się załatwić pracę zdalną (z domu) na 1/2 etatu (szczęściara pomyślicie). Gdyby się jednak nie udało, to i tak bym nie wróciła. Siedzenie w biurze przez 8h ze świadomością, że synek może właśnie pierwszy raz wstał czy zaczął raczkować, nie jest warte żadnych pieniędzy, a zwłaszcza mojej pensji. Cóż będzie mniej par butów w szafie i rzadsze obiadki "na mieście".

I tym przydługim wstępem dochodzimy do sedna. Ostatni rok, który poświęciłam przede wszystkim byciu kobietą (ciąża i "siedzenie" z małym w domu), uświadomił mi co jest faktycznie najważniejsze. Przyjemność zaczęło mi sprawiać bycie gospodynią domową, dbanie o siebie dla siebie, nie dla innych, a później opiekowanie się maluchem i obserwowanie, jak każdego dnia staje się coraz poradniejszym małym człowiekiem. Odczułam również na własnej skórze, jak bardzo może zmęczyć to wcześniej wspomniane "siedzenie w domu" z dzieckiem. To przez wielu niedoceniane, a nawet ośmieszane, zajmowanie się domem i rodziną. Dzięki pogłębionemu doświadczeniu w dziedzinach:
* pranie
* prasowanie
* zakupy i gotowanie
* przewijanie
* przygotowywanie jedzenia i karmienie dziecięcia
* sprzątanie,
a także zdobytemu nowemu, w zajęciach z organizacji czasu wolnego, brania prysznica w 3 minuty, wykonywaniu fryzury i makijażu jedną ręką (z dzieckiem na drugiej), pakowaniu wielofunkcyjnej torby czy upychaniu wózka do bagażnika auta (można by wyliczać długo) stwierdzam, że bycie kobietą jest etatem samym w sobie. Bez dodatkowej pracy zawodowej. A co najlepsze sprawia większą satysfakcję niż realizacja projektów biznesowych. Bo czyż nie jest nagrodą Twoje radosne odbicie w lustrze, miłość w oczach męża, ufne spojrzenie radosnego dziecka i bijący ciepłem dom, do którego lubią przychodzić przyjaciele? Dla mnie jest największą i żadna "najlepsza praca świata" takiej satysfakcji nie jest w stanie dać.

A dodać jeszcze muszę, że nie jestem jedyna która tak uważa. Jest nas sporo. I to jeszcze bardziej cieszy!

poniedziałek, 31 maja 2010

Domowe fast foody - part 1

Chyba większość z nas raz na jakiś czas ma ochotę zjeść coś niezdrowego, tłustego, słonego,... jednym słowem pysznego :)Najkrócej mówiąc, jakieś śmieciowe jedzonko niewiadomego pochodzenia. Pizza, hamburger, frytki, kebab...a do tego duuuużo coca coli. Po pewnym czasie walki z pokusą kończymy najczęściej w kolejce w KFC czy McDonald's lub zamawiamy coś z pobliskiej pizzerii. Jest jednak sposób, aby połączyć dwa z pozoru przeciwstawne pojęcia: fast food i zdrowe żywienie.

Dieta karmiącej matki, która w naszym domu obowiązywała przez pierwsze 3 miesiące po urodzeniu Michasia, była wyzwaniem dla dwójki lubiących jeść osób. Tak, tak mój mąż wraz ze mną jadł tylko TE dozwolone produkty, dzięki czemu było zdecydowanie łatwiej. Warto też wspomnieć, że synuś akceptował wszelkie kulinarne modyfikacje i nie byliśmy skazani tylko na marchewkę i indyka. W odstawkę poszła jednak wieprzowina, czosnek, cebula, wszelkie kapustne i octowe, ehhhh. Jednak dla chcącego nic trudnego. Nowe kulinarne wyzwania były silnie motywujące.

Zdarzały się też chwile nieodpartej pokusy, aby zjeść coś "budkowego". Znaleźliśmy zatem sposób na dietetyczne hamburgery, pizze i frytki. Dzisiaj podzielę się sposobem na domowe hamburgery z frytkami.

Składniki

Do wersji bardzo dietetycznej:
- filet z indyka, ok. 0,5kg
- jajko
- oliwa z oliwek
- duże bułki z sezamem
- kilka plasterków żółtego sera
- pomidor (jeśli są akurat te dobre, zimą lepiej zrezygnować) lub świeży ogórek
- sałata lodowa
- koncentrat pomidorowy
- ziemniaki
- suszony majeranek
- słodka papryka

Dodatkowo do wersji standard:
- kilka oliwek lub kiszony ogórek
- cebula
- ogórek kiszony/konserwowy
- majonez
- olej do smażenia frytek

Przydadzą się również:
- maszynka do mielenia
- frytkownica/głęboki garnek z koszyczkiem

A robimy to tak:
Zaczynamy od obrania ziemniaków i pokrojenia w słupki (potocznie nazywane frytkami). W wersji dietetycznej rozgrzewamy piekarnik i na papierze do pieczenia wrzucamy pokrojone ziemniaki do 200 st.C na ok. 20 min. Jeśli diety nie potrzebujemy rozgrzewamy frytkownicę lub podgrzewamy olej w dużym garnku. Po upieczeniu/usmażeniu frytki solimy wg uznania.

Mięso mielimy (w przypadku braku maszynki prosimy o zmielenie w sklepie), jeśli robimy wersję standard mielimy również cebulę i oliwki (można je zastąpić ogórkiem kiszonym pokrojonym w drobną kostkę). Mięso mieszamy z jajkiem, dodajemy majeranek i paprykę. Mokrymi rękami formujemy kotlety o średnicy bułek, ok. 2cm grube. Wrzucamy na rozgrzaną na patelni oliwę. Smażymy ok. 10 min obracając co 2 min.

W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik (jeśli robimy w nim frytki będzie w sam raz). Sałatę rwiemy na kawałki, pomidora/ogórka kroimy w plastry. Bułki przekrajamy na pół i wrzucamy na 2 min. do gorącego piekarnika. Po wyjęciu układamy na spodach sałatę, na nią usmażone kotlety, po plasterku sera, przecier pomidorowy i/lub majonez, plasterek pomidora i/lub ogórka, przykrywamy górną częścią bułki.

I to wszystko. W sumie potrzeba od 20 do 30 min aby zobaczyć na talerzu taki efekt:


Smacznego życzę!

W części drugiej przedstawię nasz sposób na pizzę.

poniedziałek, 24 maja 2010

"Gdy nie ma w domu dzieci...

...to jesteśmy niegrzeczni" jak śpiewał klasyk. Chodzimy na imprezy, bankiety, do kina, teatru czy filharmonii, a w najgorszym wypadku ze znajomymi na piwo. Możemy też bez większego planowania wyjechać na weekend za miasto. No chyba że mamy psa, to planowanie minimalne jest konieczne. I wydaje się wówczas, że jakby nam te wszystkie "przyjemności" zabrać to życie byłoby nudne i w ogóle do bani. Piszę troszkę generalizując. My aż tak bardzo nie "bywamy", ale zawsze...

Jednak jako przysłowie stare rzecze: "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia". U nas w domu dziecko się pojawił, jest i jeszcze pewnie przez długi czas na wakacje nie wyjedzie. Nasza "wolność" została zatem ograniczona. Każde wyjście jest przedsięwzięciem logistycznym, a nierzadko konieczne są kompromisy. Jednak wbrew obiegowej opinii, uważam że nie ma tego złego...

Mój mąż przyniósł w piątek zaproszenia na bankiet inaugurujący FPFF w Gdyni (dla mniej wtajemniczonych Festiwal Polskich Filmów Fabularnych). I wszystko pięknie, gdyby nie kilka kwestii:
a) bankiet odbywa się dzisiaj (poniedziałek)
b) impreza startuje o godz. 22.00
c) nasze dziecko ma 4,5 miesiąca
d) jedyna babcia, która mogłaby z nim zostać idzie jutro rano do pracy

Z sumy powyższych wynika, że albo zaproszenia palimy nad świeczką, albo idzie jedno z nas, ewentualnie zabierając ze sobą jakiegoś znajomego/ą. Poszedł mój mąż z kolegą. I wiecie co, nie jest mi wcale żal.

Powiem więcej. Już dawno aż tak nie cieszyłam się z "samotnego" - nie licząc śpiącego w swoim łóżeczku od godz. 21.30 szkraba - wieczoru. Nalałam do wanny wody z dużą ilością piany, wzięłam kieliszek coli z lodem (pełnią szczęścia byłby kieliszek wina ale na to jeszcze kilka miesięcy muszę poczekać) oraz właśnie czytaną cudowną lekturę (Władca pierścieni, vol.1 ), a w tle włączyłam najnowszą płytę Manu Katché - Third Round (piękna!). Jest cudownie. Tak bardzo, że postanowiłam o tym napisać w przypływie natchnienia - zwłaszcza ku pokrzepieniu serc innych mam "pozostawionych" w podobnej sytuacji. Doceniłam na nowo ile może zdziałać możliwość nieograniczonego leżenia w wannie z dobrą książką i muzyką.

A najlepsze jest to, że cieszę się z pozostania samą w domu. Cieszę się, że mój mąż poszedł sam na tę imprezę. Gdyby był w domu to żal by mi było spędzić ten czas w taki sposób. Wolałabym go spędzić z Nim. A tak to ja mam te kilka chwil dla siebie, on może odpocząć od domowej codzienności. Efektem będzie dwójka zrelaksowanych małżonków z energią na resztę tygodnia.

A niech tam, jeszcze pomaluję paznokcie. Na czerwono! Jak szaleć to szaleć!

poniedziałek, 17 maja 2010

Szpinakożercy wszystkich krajów łączcie się

Od tej wiosny mamy działkę, tzn. ogródek działkowy, w odległości 15 min. spacerem od domu. "Mamy" to stwierdzenie troszkę na wyrost, gdyż fizycznie mamy 2 grządki, a resztę dopiero przejmiemy od znajomych dziadków, dopiero jesienią. Ale trawnik używamy i grilla zrobić można, więc piszę mamy.

Ważne są jednak te 2 grządki, a przede wszystkim jedna z nich. Jeszcze w kwietniu posiałam na niej (całej!) szpinak, który teraz już radośnie macha do nas dwoma zielonymi listkami. Każdy kto chociaż trochę orientuje się, ile warzyw można samemu uprawiać we własnym ogródku przyzna, że rozplanowanie miejsca (50% szpinak, 50% RESZTA) nie do końca trafne. Jednak zwyciężyła miłość do szpinaku.

Moja mama powiedziała "a kto to wszystko zje!". I faktycznie dla nie wkręconych w szpinak tak jak my, byłaby to ilość nie do przejedzenia przez cały rok. Szpinakomaniakami zostaliśmy mniej więcej rok temu i od tego czasu ta "trawa", jak jest nazywana przez tych niewkręconych, gości na naszym stole przynajmniej raz w tygodniu. A poniżej podaję kilka sposobów żeby z trawy zrobić wykwintne danie. Może Ci nieprzekonani dołączą do naszej bajki.

MAKARON ZE SZPINAKIEM

WERSJA 1 - SZYBKO I OSZCZĘDNIE

Składniki:
- opakowanie (ok. 0,5kg) mrożonego szpinaku (w liściach, zamrożony w kulki) lub duża wiązka świeżego (jeśli robimy danie wiosno-latem)
- jedna kostka serka topionego (taki za 90 gr, jak pamiętamy z dawnych czasów)
- 2 ząbki czosnku
- 2 łyżki (duuuuże) gęstej śmietany 18%
- pół opakowania makaronu - preferowane świderki albo cięte rurki
- sól, pieprz
- łyżka masła

Przygotowanie:
Szpinakowe kulki wrzucamy do garnka i zalewamy wrzątkiem, dosypujemy łyżkę soli. Gotujemy ok. 5 min, wylewamy na sito i dokładnie odsączamy. Jeśli szpinak jest świeży zalewamy wrzątkiem liście i gotujemy 2 min dłużej - reszta tak samo. W międzyczasie gotujemy makaron al dente i wyrzucamy na durszlak.

Szpinak wrzucamy na suchą, rozgrzaną patelnie i odparowujemy wodę. Dodajemy wyciśnięty czosnek i masło, na małym ogniu przesmażamy ok. 2 minut. Dokładamy serek topiony i mieszamy póki się nie rozpuści (można go trochę pomaltretować - rozdrobnić i porozgniatać). Dodajemy śmietanę, doprawiamy solą i pieprzem.

Do gotowego sosu wrzucamy makaron i mieszamy. I szybko na talerze i do brzucha - jak wystygnie nie smakuje tak wspaniale.

WERSJA 2 - WYPASIONA

Do składników podstawowych, czyli:
- opakowanie (ok. 0,5kg) mrożonego szpinaku (w liściach, zamrożony w kulki) lub duża wiązka świeżego (jeśli robimy danie wiosno-latem)
- jedna kostka serka topionego (taki za 90 gr, jak pamiętamy z dawnych czasów)
- 2 ząbki czosnku
- 3 łyżki (duuuuże) gęstej śmietany 18%
- pół opakowania makaronu - preferowane świderki albo cięte rurki
- sól, pieprz
- łyżka masła

dodajemy jeszcze:
- kulkę mozzarelli lub 10 dkg sera pleśniowego - może być najtańszy, ja używam Lazura (w zależności od upodobań - z mozarellą jest bardziej serowo, z pleśniowym wytrawnie i wyraźnie)
- garść startego żółtego sera - najlepszy jest parmezan, ale zadaniu sprosta również dobra gouda
- koperek do smaku - suszony albo świeży w zależności od pory roku

Przygotowania zaczynamy tak samo jak w wersji 1. Mozarellę lub pleśniowy dodajemy po rozpuszczeniu serka topionego. Na koniec dodajemy koperek (jeśli "żywy" to posiekany drobniutko), a na talerzach posypujemy żółtym serem.

DODATKOWE PROPOZYCJE


Sosy powstałe z powyższych przepisów można również wykorzystać do przygotowania lazanii (może w przypływie kolejnego natchnienia zamieszczę cały przepis) lub pasztecików z ciasta francuskiego. Do tych drugich sos musi być nieco gęstszy. A ciasto francuskie polecam kupić gotowe, w Lidlu rulonik kosztuje ok. 3zł i sprawdza się idealnie.

I JESZCZE GARŚĆ PORAD

1. Szpinak lubi się bardzo z czosnkiem. Zatem Ci co czosnek lubią również, spokojnie mogą dorzucić do powyższych propozycji jeszcze ze 2 ząbki. Natomiast dla tych, którzy są wampirami proponuję zastąpienie świeżego czosnku granulowanym - efekt stłumiony, a wydobywa smak ze szpinaku.

2. Szpinak musi być posolony. Jeśli coś Wam nie będzie pasowało ze smakiem, będziecie czuli że to jeszcze nie to, zacznijcie doprawianie od dosolenia.

3. Podane w przepisach ilości tworzą potrawę dla 2 bardzo łakomych szpinakomaniaków. Spokojnie starczy dla 3 osób :)

4. Z wypróbowanych już różnych szpinaków mrożonych najlepszy jest w Tesco, liście szpinaku mrożone w kulkach, opakowania 450g marki Tesco, cena ok. 3,5zł



ŻYCZĘ WSZYSTKIM POWODZENIA I SMACZNEGO

czwartek, 13 maja 2010

Wojenne trofea matek

Od urodzenia Michałka minęły 4 miesiące. Jest słodkim, radosnym, pogodnym i co najważniejsze zdrowym szkrabem. Już mu się nudzi pozycja horyzontalna i od kilku dni usilnie próbuje siadać. Próbuje również wymuszać na nas noszenie na rękach, terroryzując nas niesamowicie wysokimi dźwiękami, które zapewne pozbawiłyby nas szyb w oknach, gdyby nie technologia PCV. Mogłabym zapewne poświęcić mu nieograniczoną ilość wersów, ale nie taki zamysł pojawił się dzisiaj w mojej głowie.

Z mijającymi zbyt szybko dniami zyskuję coraz więcej czasu wolnego. W związku z tym część tego czasu, o wyrodna matko!, poświęcam sobie. Patrząc w lustro dostrzegam zatem coraz więcej zmian w moim ciele. I nie są to zmiany na lepsze. Chociaż udało mi się już jakiś czas temu pozbyć dodatkowych, ciążowych kilogramów (a prawdę mówiąc to żadna moja zasługa tylko malucha wyciągającego ze mnie setki kalorii dziennie), to inne ciążowo - macierzyńskie "rany" pozostały. Mimo utraconej wagi na brzuchu wciąż widzę rozciągniętą skórę i wałeczek tłuszczu, na biodrach i piersiach znaczące rozstępy, na skórze wciąż widoczne ciemne przebarwienia. Włosy wypadają mi garściami (a w ciąży były takie piękne i mocne), piersi zmieniają kształt i wielkość kilka razy na dobę (co zapewne zakończy się wielką obwisłością za jakiś czas), na kręgosłupie bolącym od pozycji (niepoprawnej lecz wygodnej) przy karmieniu i noszenia kochanych 7kg kończąc.

Wiem, że i tak natura łagodnie mnie potraktowała. Z rozmów z innymi matkami wiem o całej liście "gratisów", które dostały wraz z małym szczęściem. Jednak ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu te wszystkie straaaaszne "blizny młodej mamy" nie zaburzają mojej radości życia i szczęścia jakie daje bycie matką. Powiem więcej, czuję się atrakcyjniejszą, bardziej pewną siebie, dojrzalszą kobietą. Wielka w tym zasługa mojego męża, który patrzy na mnie wciąż z tym samym błyskiem w oku. To on w chwilach zwątpienia (no i marudzenia lub przekorności, które są chyba w naturze każdej kobiety) powtarza, że wyglądam wciąż wspaniale - i za to Ci dziękuję Kochanie.

I na koniec takie motto udało mi się sformułować. Każda kobieta zatroskana o swój zmieniony wygląd po urodzeniu małego szczęścia powinna je powiesić nad lustrem i czytać w chwilach zwątpienia (jest szansa że również jej mężczyzna przeczyta i doceni).

"Zmiany w kobiecym ciele po urodzeniu dziecka są jak rany na ciele żołnierza powracającego z wojny. Choć fizycznie szpecą ciało, należy być z nich dumnym, gdyż zdobyte zostały w szczytnym celu."

wtorek, 10 listopada 2009

W przytłumionym świetle światyni wyobraźni

Megastory, wielkie centra handlowe, z równie ogromnymi sieciowymi księgarniami, a raczej „salonami czytelniczymi”, napawają mnie smutkiem. Jeśli już zdarzy się okoliczność, aby postawić swoją stopę, w tym współczesnym miejscu pielgrzymek społeczeństwa na wskroś konsumpcyjnego, od momentu przejścia przez szklane, automatyczne drzwi, spływa na mnie przygnębienie. Bynajmniej, nie jest to powodowane złym samopoczuciem, bierze się raczej z ubolewania nad nieświadomością pustki życiowej większości ludzi tam oglądalnych. Przygnębienie to rośnie w siłę, w momencie wkroczenia do wcześniej już wspominanego, jednego z salonów, sprzedających współczesną kulturę, od gazet poczynając na przelanym na papier i w kolorowe okładki oprawionym, wewnętrznym życiu pisarzy kończąc. Za każdym razem uderza mnie ten sam chaos, pośpiech i atmosfera porównywalna z tą w kolejce do kasy w supermarkecie. O miejscu tym grzechem byłoby mówić księgarnia, jako że zarówno wspomniana wcześniej atmosfera, jak i większość towaru znajdującego się na pięknych regałach, nie zasługują na to miano.

Od wczesnego dzieciństwa książki były dla mnie nie tylko czymś magicznym i zabierającym do innego świata, ale również, a może przede wszystkim, wartością samą w sobie. W domu rodzinnym, a także w domu dziadków, w którym spędzałam wakacje, każda wolna przestrzeń, półki, komody i meblościanki wypełnione były, zamkniętymi w różnego rozmiaru woluminy - historiami, drogowskazami, naukami, które wprowadzały i pokazywały dziecku świat. Ten najważniejszy świat myśli i słów. Jako, że w czytelnictwie wyrosłam, a widok czytających osób był mi tak samo bliski, jak obraz mamy przygotowującej każdego dnia obiad, książki stały się przyjaciółmi. Natomiast rozmowy, początkowo o bohaterach powieści, a w miarę przybywania kolejnych lat, o myślach i ideach, były sposobem rodziców i dziadków na ukształtowanie we mnie poczciwego człowieka.

Dzięki książkom można było podróżować po świecie, przenosić się w czasie i przestrzeni, rozwiązywać zagadki, stawać po stronie bohaterów lub być przeciwko nim. W wyobraźni można było przenieść się na deszczowe ulice wojennego Paryża, odkryć zamknięty za wysoką bramą tajemniczy ogród czy wstąpić na okręt płynący do wybrzeży Troi. Również dzięki nim zdobywało się wiedzę, poznawało historię, geografię, odkrywało tajemnice natury. Szkolne lektury, pozycje z domowej biblioteczki, tytuły polecone przez rodzinę czy koleżanki, czy też te odkryte na półkach księgarenek.

Z tych młodzieńczych czasów lat 90. w Polsce pamiętam właśnie Księgarnie. Miejsca, w których można było w ciszy, tajemniczej atmosferze i słabym oświetleniu, snując się między regałami, odnajdywać kolejne pokłady myśli, dziesiątki historii i wiedzę dziesiątków pokoleń. Osoby tam pracujące wypełniały swoje obowiązki z pasją, każdej pozycji były w stanie wystawić swoją recenzję, a zbłąkanym lub poszukującym wskazać możliwe drogi. Ówczesne książki nie kusiły kolorowymi okładkami i reklamami na bilbordach. Każda z nich była tajemnicą czekającą na odkrycie. Posiadając już dość pokaźną rodzinną kolekcję, zakup każdej nowej pozycji był nadal niewypowiedzianą radością. Z uczuciem podniecenia szybko zmierzało się do domu, aby móc zapoznać się z choć kilkoma stronicami.

Minęła dekada, może półtorej, a miejsc takich jak dawne księgarnie, w miastach już prawie nie ma. Miejsca ustąpiły wielkim Empikom i im podobnym, gdzie przy jaskrawym świetle jarzeniówek, dźwiękach muzyki sączącej się z podsufitowych głośników i korzystając z „pomocy” personelu ubranego w tego samego koloru koszule, przechadzają się tłumy współczesnych czytelników. Sięgają po pozycje promowane w mediach, wyeksponowane na specjalnych regałach „TOP 10”, na które trafiły dzięki zasobności portfela wydawców. Wszystkie są kolorowe, często w twardej oprawie, która ładnie wygląda na półce, część tytułów jest łudząco podobna do tytułów seriali telewizyjnych. Nazwiska wielkich literatury, których dzieła od dziesiątek lat były czytane i doceniane pojawiaj się na tych półkach niezmiernie rzadko. Triumfy święcą tytuły typu „Seks w wielkim mieście” czy „Dziennik Bridgite Jones”, poradniki jak stać się lwem finansów w 10 dni czy jak uniknąć depresji po dostrzeżeniu pierwszej zmarszczki oraz oczywiście jak poradzić sobie z wychowaniem dziecka, które jest diabłem wcielonym (od urodzenia?), angażując w to jak najmniej swojej „wolności”. Książki stały się rzeczami użytecznymi, muszą spełniać oczekiwaną funkcję – udzielać informacji, rozwiązywać problemy, rozbawić, a także stać się ładnym elementem wystroju wnętrza.

Są jednak momenty, w których moje zasmucone lico rozświetla uśmiech. Zdarza się, że zobaczę młodego człowieka zaczytanego w zdjętej z odległego regału powieści Dostojewskiego czy przeglądającego z zainteresowaniem książkę Daviesa. Myślę wówczas, że miał on prawdopodobnie szczęście wychować się w domu, gdzie książki nie stanowiły tylko dekoracji salonu, że jest człowiekiem, który dorastał przeżywając wraz z Tomkiem Sawyerem jego przygody i być może przekaże w przyszłości swoim dzieciom, wychowywanym w erze Internetu, mądrość i możliwości płynące z bycia czytelnikiem. Mam również za każdym razem nadzieję, że zamiast kupować poradnik Superniani, który wskaże drogę jak poradzić sobie z pięciolatkiem, zakupi Baśnie Andersena i będzie je codziennie czytał swoim pociechom do snu.

piątek, 6 listopada 2009

Sposób na listopadowe chandry

Zaczął się najbardziej depresyjny miesiąc w roku. Razem z nim rozpoczął się przedostatni miesiąc oczekiwania na nowego członka naszej rodziny. Jako, ze większość czasu spędzam już w domu i mam więcej wolnego czasu postanowiłam dać upust swoim przemyśleniom, zacząć dzielić się radościami dnia codziennego, a może nawet uchylić rąbka tajemnicy z kulinarnych odkryć.

Fakt faktem, w listopadzie trudno jest zachować pogodny nastrój. Atakują nas niże, wiatry i opady, każde wyjście z domu przyprawia o ból głowy, w ruch poszły czapki, szaliki i rękawiczki. Ja jednak widzę i te dobre strony tego szaro-burego czasu. Skoro usprawiedliwione przed całym światem jest zaszycie się w domu pod kocem i zjedzenie na poczekaniu tabliczki czekolady, może warto wykorzystać te listopadowe wieczory (tak nieprzyzwoicie dłuuuugie) na swego rodzaju emocjonalne porządki.

Na co dzień rzadko mamy czas i chęci (nie bójmy się do tego przyznać), żeby przystanąć, pomyśleć o tym co nas boli, wspomnieć tych których już nie ma, znaleźć sposób na uporządkowanie kontaktów z najbliższymi, zadbać po prostu o swoje PSYCHE.

Skoro mamy naturalne usprawiedliwienie skorzystajmy z niego. Zamiast każdego dnia po pracy narzekać, że już tak brzydko, ciemno, że nie chce nam się spotkać z tym czy innym, ani nawet zrobić zakupów, zaszyjmy się po prostu w domowym azylu. Nie będzie marnowaniem czasu popołudnie spędzone na wspominaniu wakacji spędzanych w dzieciństwie u dziadków, ani wypadów pod namiot w czasie studiów, nawet wspomnienie licealnego wagarowania się przyda. Również za popołudnie spędzone z książką, muzyką czy filmem nie można mieć wyrzutów sumienia. Najlepiej jak przy okazji wyłączymy telefon (tak, tak, jest tam taka funkcja), odpuścimy sobie oglądanie programów informacyjnych i buszowanie po portalach internetowych - odłączmy się po prostu od świata.

Ja lubię gotować i jeść, mój mąż też - spędzamy zatem wieczory eksperymentując w kuchni. I nie przejmujemy się tym, że czekają domowe porządki. A jeśli nam się nie chce, to dzwonimy po pizzę. Nie zmuszamy się też do spotkań ze znajomymi, jeśli nie mamy na to ochoty. Zdarza nam się całe popołudnie spędzić na słuchaniu muzyki. Dla nas możliwość nie wychodzenia z domu jest największą radością.

W domu można się nudzić bez konsekwencji. Można wbrew pozorom naładować w ten sposób baterie. Usprawiedliwione nicnierobienie, wspominanie i odcinanie się od świata nie jest nudne, a może pomóc przetrwać jesienną zawieruchę.