sobota, 18 lutego 2012

Chaczapuri na polską modłę

Jakiś czas temu, przy okazji wizyty w stolicy, miałam okazję zapoznać się z jednym ze sztandarowych dań kuchni gruzińskiej - chaczapuri. Tak pięknie wyglądające w oryginale słowo ხაჭაპური oznacza w wolnym tłumaczeniu "chleb serowy" i jest dla tamtejszej kuchni tym samym co pita w kuchni arabskiej, tortilla w hiszpańskiej czy pizza we włoskiej. W naszej słowiańskiej tradycji mamy pełniące tę samą rolę podpłomyki.

Serowe chlebki przypominają wyglądem trochę nasze naleśniki. Ich smak jednak jest zupełnie inny. I zapada w pamięć. Na tyle głęboko, że chce się do nich wrócić. Moja potrzeba powrotu do chaczapuri zaowocowała opracowaniem wersji domowej. O dziwo efekt niewiele ustępuje smakiem i wyglądem tym z ul. Puławskiej, z małego baru prowadzonego przez dwie Gruzinki.

Znalezienie przepisu wydawało się proste. W sieci jest kilkanaście serwisów poświęconych kuchni. Jednak każdy przepis jaki znalazłam różnił się znacząco od pozostałych. Postanowiłam więc postawić na prostotę i wypróbowałam ten przepis na ciasto, a nadzienie metodą prób i błędów opracowałam sama.

Składniki (na 2 duże placki):

Ciasto:
- szklanka maślanki
- całe jajko
- ok. 2 szklanek mąki (aby powstało sprężyste ciasto do cienkiego rozwałkowania, jak na pierogi)

Farsz:
- 15 dag twarogu typu krajanka
- pół kulki mozarelli
- 1/3 opakowania sera typu bałkańskiego z Lidla (lub innej fety greckiej, byle nie tej naszej słonej i mażącej się)
- całe jajko
- łyżka masła
- sól i pieprz

Narzędzia:
- 2 miski
- wałek do ciasta (lub butelka np. po winie)
- duża patelnia (ok. 30 cm średnicy) przesmarowana masłem

Najpierw przygotowujemy farsz. W misce rozgniatamy widelcem wszystkie sery, dodajemy masło i jajko, mieszamy na jednolitą masę. Doprawiamy solą i pieprzem. Dzielimy na 2 części, przykrywamy i odstawiamy (nie do lodówki).

Wszystkie składniki ciasta mieszamy, dosypując stopniowo mąkę musimy uzyskać jednolitą kulkę, która nie klei się do rąk, a ciasto po rozciągnięciu jest sprężyste. Najlepiej zacząć w misce, a później wygnieść ciasto na blacie (podsypując mąką). Zagniecione ciasto dzielimy na 4 równe części. Rozwałkowujemy 2 z nich na cienkie placki o średnicy nieco większej niż patelnia jaką dysponujemy. Pamiętajcie o podsypywaniu placków mąką, aby się nie przykleiły do blatu.

Rozgrzewamy patelnię i przesmarowujemy ją lekko masłem, tak aby była natłuszczona ale sucha. Na jednym z placków rozsmarowujemy połowę farszu, zostawiając ok. 1,5 cm brzegu. Nakładamy drugi placek, zlepiamy i zawijamy brzegi. Przewałkowujemy, aby rozprowadzić farsz. Delikatnie przenosimy na patelnię, przykrywami i pieczemy póki ciasto od spodu się nie zrumieni (ok. 5 min.). Przewracamy i dopiekamy z drugiej strony, już bez przykrycia. Bąble powietrza są naturalnym zjawiskiem. Po zdjęciu z patelni jeszcze ciepłe kroimy na 6 części.

My najczęściej zjadamy najpierw ten pierwszy placek, a dopiero później robię drugi. Ale można przygotować drugi od razu, a pierwszy przechować w nagrzanym piekarniku.

Do chaczapuri świetnie pasują wszystkie sosy na bazie jogurtu bałkańskiego, najbardziej delikatne tzatziki.

Efekt końcowy jest taki:


SMACZNEGO!

środa, 25 stycznia 2012

Sexy-mama na specjalne okazje

Jedną z obaw kobiet, które już są w ciąży lub planują zostać mamą, jest to jak stan błogosławiony wpłynie na ich wygląd i czy pojawienie się nowego członka rodziny nie pozbawi ich świetnego wyglądu na co dzień. Co poniektóre panie myśl o utracie figury i stylu skutecznie zniechęca do przedłużania gatunku, a te które się już zdecydują często popadają w depresję dresowo-bezfryzurową.

Na potwierdzenie tezy, że jest to problem poważny i występujący powszechnie, przywołam popularność programu Kasi Cichopek "Sexymama". Kobiety, które są już mamami zgłaszają się, aby zostać "wyciągniętymi na ludzi" przy pomocy stylistów, diet, fryzjerów, tańca i oczywiście rozmów z prowadzącą (panią psycholog żeby nie było). Program niemalże odmienia ich życie, choć tę odmianę powinny, mym skromnym zdaniem, przeżyć chwilę wcześniej, kiedy to wydały na świat nowego obywatela.

Rozumiem, że każda kobieta chce ładnie wyglądać, podobać się i bez odrazy patrzeć w lustro. Rozumiem też, że nie dla każdej wejście w nową rolę, jaką jest bycie mamą, przychodzi łatwo. Zdaję sobie również sprawę, że z każdego często występującego problemu łatwo zrobić trend i zarobić na tym pieniądze tworząc popularny show w telewizji (Superniania, Perfekcyjna Pani Domu, Jak się nie ubierać... wymieniać można by długo). Smuci mnie jednak i wciąż nie pozwala zrozumieć jak to jest możliwe, że kobieta z powodu pojawienia się w jej życiu największego szczęścia i cudu, jaki można sobie wyobrazić, MAŁEGO CZŁOWIEKA, popada w depresję z powodu dodatkowych kilogramów i fałdy na brzuchu! Że zajmuje jej głowę, a przy okazji nie pozwala się cieszyć nową sytuacją, fakt braku codziennego makijażu i modnego ubioru! I wreszcie pojawia się w głowie myśl, że przez wspomniane wcześniej "problemy" przestała być atrakcyjna dla swojego mężczyzny (a przecież właśnie obdarowała go POTOMKIEM!). Nawet jak to piszę po raz kolejny przeżywam szok, że takie problemy faktycznie istnieją.

Myślę, że jak zwykle zło zrodziło się w szklanym pudle i kolorowej prasie, które to media wykorzystały postępujący brak myślenia i analizowania. W programach lansujących stanowisko, że zawsze TRZEBA BYĆ piękną, zadbaną, ubraną, uczesaną oraz wybitną każdego dnia w alkowie kobietą, bo inaczej jesteś "zahukaną kurą domową". W rozmowach ze "sławnymi", których postępowanie staje się wzorem do naśladowania. W gazetach z wygładzonymi sesjami zdjęciowymi i poradami "ekspertów", którzy mówią jak powinno wyglądać Twoje życie. Te wszystkie przekazy skutecznie zaburzają priorytety, co prowadzi tylko do złego.

A przecież bycie matką to najpiękniejsze doświadczenie w życiu (również bycie ojcem, ale nie o tym dzisiaj). Bycie matką nie zabiera kobiecości, wręcz odwrotnie. To co nas definiuje jako kobiety to nie to jak wyglądamy, a to co gromadzimy w sobie. Każde pozytywne doświadczenia, każdy uśmiech dziecka, jego sukces czy wspólny udany dzień może zdziałać więcej niż najlepszy makijaż czy wizyta w SPA. Trzeba tylko na to pozwolić. Dzień spędzony w dresie może być równie udany jak ten sam dzień w modnej sukience. Wychowywanie dzieci może być tak atrakcyjne jak skoki ze spadochronem. Wszystko zależy od nastawienia. Warto się postarać.

Cieszę się, że moje priorytety pozwalają mi czerpać garściami z kobiecości, nawet w dresie. Bo bycie matką to bycie kobietą spełnioną, a nie sexy-mamą. A jeśli tylko zdarza się okazja dokładam makijaż, sukienkę i wtedy dopiero robię wrażenie.

środa, 15 grudnia 2010

Z tradycją za pan brat, czyli adwentowe przygotowania - cz. 2

Gar bigosu już czeka na balkonie, przykryty puchową pierzynką. Jako, że co poniektórzy męczyli mnie o przepis, postanowiłam się nim podzielić. Mój bigos to efekt wielu lat prób i błędów, dodawania i odejmowania poszczególnych składników. Swój początek wziął od przepisu na bigos myśliwski z prawdziwą dziczyzną. Został jednak przystosowany do realiów miejskich. Jak kiedyś (mam nadzieję, że szybciej niż później) wybudujemy nasz wymarzony drewniany domek pod lasem, to wrócę do przepisu oryginalnego.

Zacznijmy więc od składników:
3kg kapusty kiszonej z sokiem, najlepiej z beczki (mocno kwaśnej)
mała główka białej kapusty
po 0,5-0,7 kg mięs: udo z indyka, łopatka/szynka wieprzowa, wołowina
ok. 0,5 kg boczku wędzonego, sparzonego
2 długie dość tłuste kiełbasy (toruńska, podwawelska, itp)
20 dag suszonych grzybów
3 duże cebule
butelka półsłodkiej Kadarki
po garści rodzynek i suszonych śliwek
3 łyżki płynnego miodu
przyprawy: liść laurowy (4szt.), ziele angielskie (12 kulek), owoce jałowca (8 kulek)
oliwa lub smalczyk do smażenia

Przygotowanie:
Dzień 1
Kapustę kiszoną z sokiem wrzucamy do gara, zalewamy wrzątkiem tak żeby całą przykryć. Gotujemy na małym ogniu 2-3 godziny, uzupełniając jeśli trzeba wody żeby się nie przypaliła. Białą kapustę szatkujemy i przelewamy wrzątkiem. Dodajemy do obgotowanej kiszonej, jeśli ta będzie już miękka. Gotujemy razem jeszcze z godzinę. Pilnujemy żeby się nie przypaliła. Odstawiamy na balkon

Dzień 2
Zagotowujemy kapustę. Dodajemy liście laurowe i ziele angielskie.
Grzyby zalewamy wrzątkiem na godzinę. Wyjmujemy z wody i kroimy, ale nie siekamy. Wodę z grzybów wlewamy do kapusty. Dorzucamy grzyby. Gotujemy razem do 2 godzin.
Cebulę kroimy w piórka, kiełbasę w półksiężyce - podsmażamy razem najlepiej na smalczyku. Dodajemy do kapusty i gotujemy jeszcze koło godziny. Odstawiamy na balkon.

Dzień 3
Indyka i wieprzowinę kroimy w kostkę jak na gulasz i każde z osobna podsmażamy. Wołowinę kroimy w bitki, obsmażamy, zalewamy wrzątkiem i dusimy do miękkości. Następnie kroimy na mniejsze kawałki.
Boczek kroimy w kawałki podobne do mięsa. Wszystko dodajemy do kapusty wraz z jałowcowymi kulkami i dusimy na małym ogniu koło godzinki. Jeśli brakuje płynu powoli dolewamy wino. Odstawiamy na balkon

Dzień 4
Bigos już jest świetny. Zagotowujemy, zmniejszamy ogień, dolewamy znowu wino i niech sobie pyrka ze 2 godzinki. Na koniec na patelnię wylewamy miód, dorzucamy rodzynki i pokrojone śliwki. Pilnujemy żeby się nie przypaliło. Jak rodzynki i śliwki naciągnął miodem wlewamy wszystko do bigosu. Dolewamy wino (jeśli jakieś zostało). Dajemy mu jeszcze z godzinkę i na balkon.

Bigos jest gotowy i z pewnością pyszny. Jeśli po drodze się przypali tym lepiej dla niego. Jeśli na balkonie przemarznie to jeszcze lepiej.

Jeśli nie mamy miejsca w zamrażarce wystarczy codziennie go przegotować i wystawiać na balkon. Do Świąt będzie nabierał smaku.

A jak już będzie po pieczeniu szynek, schabów i innych mięsiw to warto, dla uzyskania ostatecznego smaku, dolać do bigosu te wszystkie tłuszczyki z sokami po pieczeniu.

Ale to jeszcze nie koniec na dzisiaj. Bijąc się w piersi i przepraszając, bo minęło już kilka dni od obiecanego wpisu, zamieszczę jeszcze jeden przepis. Przepis na śledzie.

Jakem gdynianka z urodzenia i dorastania, śledzie są potrawą od zawsze goszczącą w moim jadłospisie. Na szczęście dzielę swoją fascynację tą jakże polską rybą z moim mężem. Śledzie jemy w każdej postaci - w oleju, w śmietanie z ziemniaczkami, opiekane w zalewie octowej, koreczki, rolmopsy...długa i nieskończona to lista.

Jednak najbliższe podniebieniom naszym jest to co najprostsze, czyli śledzie w oleju. A że Wigilia tuż tuż, jakże by mogło bez nich właśnie na stole się obejść. I chodź wydaje się to banalne, że trzeba na nie podawać przepis, ja to zrobię. Gdyż diabeł tkwi w szczegółach.

Produkty:
1. Śledzie
Najlepiej jak w czwartkowy poranek pojedzie się po nie do Orłowa na plażę i kupi wprost z kutra od rybaka, który właśnie wyciągnął je z Bałtyku. Następnie wyfiletuje, zaleje na kilka dni wodą z solą morską i dopiero wówczas przygotuje dalej. Dla tych jednak co nie mają takiej możliwości, pozostaje kupienie filetów śledziowych solonych. Najlepiej z beczki w sklepie rybnym. Po pierwsze widzimy co kupujemy, po drugie mamy gwarancję świeżości. Kupowania śledzi w zamkniętych opakowaniach czy wiaderkach nie polecam. Z takich nigdy dobry śledź w oleju nie wyjdzie.
2. Cebula
W mojej wersji cebulka jest czerwona. Pokrojona w kosteczkę o boku ok. 3mm.
3. Olej słonecznikowy lub rzepakowy
4. Pieprz
5. Ocet spirytusowy

Potrzebna też będzie duża miska/salaterka porcelanowa/szklana

Przygotowanie (z kilograma ryby):
- sprawdzamy jak bardzo słone są śledzie. Jeśli bardzo zalewamy je zimną wodą i zostawiamy na godzinę. Po godzinie wylewamy wodę, opłukujemy śledzie i zalewamy ponownie zimną wodą, do której dolewamy pół szklanki octu. Zostawiamy na kolejną godzinę. Jeśli śledzie nie są bardzo słone wykonujemy tylko drugą czynność;
- śledzie kroimy w dzwonka o szerokości ok. 2 cm. Układamy ściśle na dnie miski jedną warstwę. Oprószamy lekko świeżo zmielonym pieprzem. Przykrywamy warstwą ok. 1cm cebulki. Układamy kolejne warstwy śledzi i cebuli, co drugą warstwę lekko pieprzymy. Na zakończenie śledzie muszą być przykryte cebulką;
- zalewamy olejem póki nie przykryje on całej cebulki
- wstawiamy do lodówki na przynajmniej 2 godziny.

I to tyle. Do śledzika oczywiści niezbędny świeży chlebek z masełkiem oraz dobr, zmrożona czysta wódeczka. Smacznego!

No i na opowieści o przygotowaniach nie za wiele czasu zostało. W tym tygodniu z najważniejszych rzeczy warto pamiętać o przygotowaniu list kulinarnych. Ja robię dwie. Na pierwszej z nich umieszczam wszystkie potrawy, które mamy zamiar przygotować - zarówno dla siebie jak i "na wynos". Dodatkowo rozplanowuję, co kiedy będę robić, żeby się nie okazało że całą Wigilię spędzę przy kuchni. W kończy trzeba mieć w tym dniu choć trochę czasu dla siebie. Druga lista to spis rzeczy, które trzeba zakupić. Noszę ją w portfelu i dzięki temu nie zdarza mi się, że czegoś zabraknie, jak sklepy będą już zamknięte.

Raz jeszcze życzę powodzenia przy gotowaniu. Smacznego!!

czwartek, 2 grudnia 2010

Z tradycją za pan brat, czyli adwentowe przygotowania - cz.1

Kilka dni temu rozpoczął się cudowny czas, przez wielu niedoceniany, czas oczekiwania i przygotowywania się na Święto. Już za niespełna 4 tygodnie będziemy cieszyć się i radować. Poczujemy magię, o której więcej przeczytacie na blogu Siekiera do pnia przyłożona. Ja chcę pisać o przygotowaniach.

Dla mnie cały grudzień to już właściwie Święta. Bo przecież nie chodzi tylko o te 2 dni obżarstwa, siedzenia z rodziną przy stole i nicnierobienia. Święta to jest proces. I tylko czynny udział w adwentowych przygotowaniach daje mi radość z tych kilku oficjalnych dni świętowania i pozwala poczuć Magię.

Początek grudnia to pierwsze kulinarne wyzwania. Zaczynamy od pieczenia piernika, który musi swoje "odleżeć", zawinięty w ściereczkę, aby nabrał mocy. Udało mi się ustalić przepis idealny i w zeszłym roku piernik był wspaniały (przepisem podzielę się na końcu). Jako, że wedle tradycji ciasto zaczynia się po Barburce, weekend przyjdzie czas na tegoroczną próbę. W XVIII wieku było to ciasto symbolizujące zamożność i wysoki status społeczny, ze względu na używane przyprawy korzenne. Dla mnie wciąż pozostaje wypiekiem na tę specjalną okazję, dzięki temu co roku tak cieszy.

Drugą potrawą, którą można przygotować już teraz jest bigos. Dla mnie nie ma Świąt bez bigosu. Takiego bogatego, z różnymi mięsami, grzybami i bakaliami, z dużą ilością czerwonego wina, gotowanego przynajmniej 3 dni. Już po weekendzie bigos zacznie się gotować. I dzięki temperaturze za oknem nie zajmie połowy zamrażarki - po prostu wystawię go na balkon. I będę mieć nadzieję na mróz do samych Świąt.

Pierwsze adwentowe dni to również pierwsze świąteczne dekoracje. Można już wywiesić wieniec nad wejściem do domu. Wręcz należy zapalić świece. My wieszamy na balkonie girlandę z lampkami, które świecą się aż do nowego roku.

W tym roku postanowiliśmy także przywrócić tradycję wysyłania życzeń w zapomniany już przez wielu sposób - pocztą. W tym szaleńczym pędzie świata, nawet tak intymne sprawy jak przesyłanie świątecznych czy urodzinowych pozdrowień, zostało sprowadzone do poziomu maila czy sms'a z wierszykiem. A w najlepszym razie telefonu wykonanego w Wigilię między karpiem, a makowcem.

Nie zgadzam się na to. Czyż nie jest przyjemniej otworzyć skrzynkę pocztową i znaleźć tam kartki od rodziny i przyjaciół? Czyż odręczne pismo i czas jaki ktoś poświęcił na wypisanie życzeń nie znaczą więcej, niż wiadomość złożona ze 160 znaków i wysłana hurtem do wszystkich "kontaktów" w telefonie? Można później te kartki postawić pod choinką i czuć obecność bliskich przy każdym spojrzeniu.

O przygotowaniach pierwszego tygodnia Adwentu to tyle. Teraz zapraszam na ciasto.

PIERNIK ZIMOWY

Składniki:
0,5kg miodu (najlepiej płynnego)
2 szklanki cukru
kostka masła
1kg mąki
3 jajka
1/3 szklanki mleka
2 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
pół łyżeczki soli
po 2 łyżki: siekanych orzechów włoskich, skórki pomarańczowej, migdałów i rodzynek
2 torebki przyprawy korzennej

Przygotowanie:
- cukier lekko skarmelizować na patelni
- w garnku na małym ogniu podgrzewać masło, miód i cukier
- do przestudzonej masy dodawać stopniowo mąkę, jajka, sól i rozpuszczoną w mleku sodę
- dodać przyprawę korzenną i dobrze wymieszać
- dołożyć bakalie i lekko przemieszać
- pozostawić w chłodnym miejscu na kilka godzin, aby ciasto dojrzało
- przełożyć do blaszki (lub 2 korytek) i piec godzinę w temperaturze 180 st.C
- po przestudzeniu zawinąć w lnianą ściereczkę, schować do woreczka i odłożyć w suche miejsce na min. 2 tygodnie
- przed podaniem przełożyć powidłami śliwkowymi i oblać gorzką czekoladą

Jak zawsze życzę SMACZNEGO!

środa, 8 września 2010

Łyżką w miskę

Nasz maluch rozpoczął dzisiaj dziewiąty miesiąc życia po tej stronie brzucha. Jest już bardzo ruchliwym małym człowiekiem. Od jakiegoś miesiąca przemieszcza się sprawnie w poziomie (raczkuje od tygodnia!), a także wspina się po meblach (lub rodzicach) i potrafi stać kilka minut.

Te osiągnięcia Michasia pociągnęły za sobą dwie dość znaczące konsekwencje:
1. W niebezpieczeństwie stłuczenia/zgniecenia/podarcia/itp jest wszystko położone niżej niż metr od ziemi;
2. W końcu może się bawić wszystkimi "zabawkami" jakie ma w zasięgu wzroku i rąk nie zważając co my o tym sądzimy.
W odniesieniu do punktu pierwszego jest tylko jedna metoda - oczy dookoła głowy i duuuużo cierpliwości. W tym wieku zakazy słowne nie mają zbyt dużej siły przebicia.
Jeśli zaś chodzi o wspomniane "zabawki" to potwierdza się przekazywana przez dziadków i rodziców prawda, że wystarczy dać dziecku swobodę w używaniu wyobraźni, a nawet kawałek drewna dostarczy niesamowitych wrażeń.

Nasz synek, z wszystkich domowych, zaadaptowanych na zabawki przedmiotów, najbardziej upodobał sobie stare etui na płyty CD wraz z jego zawartością (dostał kolekcję kilku CD do testów organoleptycznych). Mimo kilku bardzo kolorowych, grających i wielofunkcyjnych zabawek, które dostał od wujków i cioć, to właśnie TO, lekko porozdzierane opakowanie, zajmuje nasze dziecko najdłużej.

Kilka dni temu odkrył również, że nic nie wydaje tak głębokiego i głośnego dźwięku, jak uderzanie ręką, lub innym twardym przedmiotem, w odwróconą dnem do góry plastikową miskę. Całe szczęście, że nie odkrył jeszcze półki z metalowymi miskami. Podejrzewam, że dźwięk uderzania metalem o wykafelkowaną podłogę w kuchni spowoduje wielką i długą radość. Zwłaszcza, że znalazł dzisiaj w szafie (sam już sobie odsuwa drzwi w "komandorze") puszkę z guzikami i wielce go zaintrygowała.

Postanowiliśmy, już jakiś czas temu, nie kupować dziecku zabawek. Przynajmniej na razie. Kilka już wspomnianych ma, pluszaki jeszcze go nie interesują (a cała kolekcja czeka), a na LEGO jest jeszcze za mały. Natomiast nie ograniczamy go w poznawaniu wszelkich względnie bezpiecznych sprzętów i przedmiotów, jakie może znaleźć w domu. A z czasem wyjdziemy na podwórko tam szukać zabawkowego raju. Miejmy nadzieję, że będzie, tak jak ja, wspominać łuk i strzały zrobione własnoręcznie z tatą.

Nie muszę chyba dodawać, że u babci synek najlepiej się bawi bijąc wielką plastikową łyżką do sałatki po drewnianym stole.

piątek, 3 września 2010

Niezapomniane smaki z dzieciństwa

Zacznę od dość stanowczego stwierdzenia. Baraninę albo się kocha, albo nienawidzi! Ja należę zdecydowanie do tych kochających mięso z owieczek zarówno dużych jak i małych. Wpływ na tę miłość z pewnością ma pewne wspomnienie z dzieciństwa.

Do dwunastego roku życia mieszkałam na wsi. W domu z ogromnym podwórkiem, sadem, ogródkiem warzywnym (trochę dziwnie to brzmi w odniesieniu do obszaru całego tunelu ogrodniczego), poletkiem truskawek, ziemniaków, itd., itp. Do tej pory jest to dla mnie najcudowniejsze miejsce na ziemi i dążę do tego, aby w podobnym środowisku mogły wychowywać się moje dzieci. I właśnie z tamtego okresu mojego życia pochodzi większość umiłowań kulinarnych.

Wracając do baraniny. Miałam co najwyżej 6 lat, kiedy to mój tato, pewnego dnia, przywiózł do domu pół barana. Było to dla mnie dość duże wydarzenie. Niektórym może się wydać mało ekscytujące, zaznaczę więc, że:
a) był to rok maksymalnie 1988 i wciąż obowiązywały kartki na mięso;
b) byłam małą dziewczynką i na co dzień nie widywałam martwych zwierząt w całości (w tym przypadku w połowie).

Nie pamiętam ile trwało i jak przebiegało przygotowywanie mięsa. Za to w mojej pamięci do końca życia pozostanie smak baranich szaszłyków, wysmażonych na ognisku, które rozpalane było w specjalnie do tego celu wyznaczonym miejscu, przy domowym tarasie (teraz zapewne takie miejsca zastąpiły ogrodowe kominki). Smakowały najcudowniej, były mięciutkie i soczyste...palce lizać!

Od tamtego czasu jeśli tylko mam taką możliwość. baranie specjały spożywam. Nadszedł też niedawno ten dzień, w którym odważyłam się przygotować to cudowne mięso samodzielnie w domu. Efekt był więcej niż zadowalający. Pozwolę podzielić się przepisem, a raczej sposobem na przygotowanie cudownego dania, jakim jest BARANIA KULKA DUSZONA Z KURKAMI.

Składniki (dla dwójki głodomorów):
- około kilograma kulki baraniej z kością
- 30-50 dag świeżych kurek (tych z lasu :)
- mniej więcej 2 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany
- trochę tłuszczu do smażenia (masło, smalec, oliwa - co kto woli)
- 2 duże cebule
- przyprawy: sól, pieprz, 2 liście laurowe, kilkanaście ziarenek kolendry, 3-4 kulki ziela angielskiego

Czas przygotowania: 2-3 dni

Przydatne sprzęty kuchenne: patelnia, głęboki garnek, blender

Przygotowanie:

1. Mięso umyć, jeśli jest wyciąć żółty tłuszcz (im starszy baran tym więcej i bardziej żółty), natrzeć solą i oprószyć świeżo zmielonym pieprzem. Po włożeniu do miski nakryć folią spożywczą i przetrzymać w lodówce przynajmniej 24h.
2. Po dobie mięsko obsmażyć z każdej strony na rozgrzanym tłuszczu (żeby się ścięło z zewnątrz). Na tłuszczu z obsmażania zeszklić pokrojoną w piórka cebulkę.
3. Wrzucić mięso, cebulę z tłuszczem i przyprawy do garnka, zalać wrzątkiem i dusić na małym ogniu, pod przykryciem, do miękkości. U mnie trwało to kilka godzin. Jeśli odparuje za dużo płynu podlewać gorącą wodą.
4. Jak już będzie miękkie zostawić do przestudzenia. Ja odstawiłam wystudzone na noc do lodówki żeby się przegryzło. Z mięsa usunąć kość i podzielić na porcje.
5. Z płynu w którym dusiło się mięso wyjąć liście laurowe i ziele angielskie. Resztę zmiksować. Dołożyć kawałki mięsa i umyte kurki. Doprowadzić do wrzenia, dusić na małym ogniu jeszcze ok. 15-20 min. (do miękkości grzybów).
6. Sos zagęścić śmietaną, jeśli będzie rzadki można użyć nieco mąki. Doprawić do smaku solą i pieprzem (kurki lubią pieprz). I to wszystko

My zjedliśmy z ziemniakami purée doprawionymi gałką muszkatołową.

Powodzenia i smacznego życzę

piątek, 20 sierpnia 2010

Bycie kobietą na cały etat

Siedzę sobie na ławeczce na Bulwarze Nadmorskim w Gdyni (mam to szczęście, że tu mieszkam). Maluch śpi w wózku, więc mam chwilę dla siebie. Odpaliłam kompa i pomyślałam, że czas napisać o tym, co od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. O byciu kobietą (i matką) na pełen etat.

Jakieś 10 lat temu, gdy zastanawiałam się co po maturze zrobić ze swoim "życiem zawodowym", oczywiste było, że trzeba skończyć dobre studia, a potem dostać dobrą (czytaj satysfakcjonującą i dobrze płatną) pracę. Rzucając się na głęboką wodę rozpoczęłam dwa kierunki studiów - jedne z rozsądku, drugie z zamiłowania. Przy okazji doszlifowałam jeden język obcy i nauczyłam się przyzwoicie drugiego. (I nie piszę tego, aby się pochwalić, tylko nakreślić sytuację) W trakcie studiów zaczęłam pracować, pracować, zmieniłam pracę, dalej pracowałam i po niecałej dekadzie od rozpoczęcia aktywności zawodowej, zaczęłam mieć dość. Przejrzałam na oczy i gadka o "samorealizacji przez osiągnięcia zawodowe" przestała mnie przekonywać. Od tego czasu pracuję, żeby mieć na koncie co miesiąc odpowiednią kwotę. To wszystko.

Zostałam matką. Od tej wywracającej nieco życie chwili upłynęło już ponad 7 miesięcy. Powinnam już od przynajmniej kilku tygodni siedzieć w biurze i "wyrabiać normę". Bo przecież czeka kariera! Jak nie wrócisz do pracy to wypadniesz z obiegu. (Dla niewtajemniczonych napiszę, że urlop macierzyński trwa w Polsce maksymalnie 22 tygodnie, co oznacza że niespełna półroczne dziecko powinno się oddać niani, a w najlepszym wypadku babci, na wychowanie.)

Do pracy w biurze nie wróciłam. Nie wyobrażałam sobie zostawić Michałka pod opieką kogokolwiek. Po prostu nie chciałam pozbawiać się tych wszystkich chwil, gdy patrzysz jak TWOJE dziecko się rozwija. Udało mi się załatwić pracę zdalną (z domu) na 1/2 etatu (szczęściara pomyślicie). Gdyby się jednak nie udało, to i tak bym nie wróciła. Siedzenie w biurze przez 8h ze świadomością, że synek może właśnie pierwszy raz wstał czy zaczął raczkować, nie jest warte żadnych pieniędzy, a zwłaszcza mojej pensji. Cóż będzie mniej par butów w szafie i rzadsze obiadki "na mieście".

I tym przydługim wstępem dochodzimy do sedna. Ostatni rok, który poświęciłam przede wszystkim byciu kobietą (ciąża i "siedzenie" z małym w domu), uświadomił mi co jest faktycznie najważniejsze. Przyjemność zaczęło mi sprawiać bycie gospodynią domową, dbanie o siebie dla siebie, nie dla innych, a później opiekowanie się maluchem i obserwowanie, jak każdego dnia staje się coraz poradniejszym małym człowiekiem. Odczułam również na własnej skórze, jak bardzo może zmęczyć to wcześniej wspomniane "siedzenie w domu" z dzieckiem. To przez wielu niedoceniane, a nawet ośmieszane, zajmowanie się domem i rodziną. Dzięki pogłębionemu doświadczeniu w dziedzinach:
* pranie
* prasowanie
* zakupy i gotowanie
* przewijanie
* przygotowywanie jedzenia i karmienie dziecięcia
* sprzątanie,
a także zdobytemu nowemu, w zajęciach z organizacji czasu wolnego, brania prysznica w 3 minuty, wykonywaniu fryzury i makijażu jedną ręką (z dzieckiem na drugiej), pakowaniu wielofunkcyjnej torby czy upychaniu wózka do bagażnika auta (można by wyliczać długo) stwierdzam, że bycie kobietą jest etatem samym w sobie. Bez dodatkowej pracy zawodowej. A co najlepsze sprawia większą satysfakcję niż realizacja projektów biznesowych. Bo czyż nie jest nagrodą Twoje radosne odbicie w lustrze, miłość w oczach męża, ufne spojrzenie radosnego dziecka i bijący ciepłem dom, do którego lubią przychodzić przyjaciele? Dla mnie jest największą i żadna "najlepsza praca świata" takiej satysfakcji nie jest w stanie dać.

A dodać jeszcze muszę, że nie jestem jedyna która tak uważa. Jest nas sporo. I to jeszcze bardziej cieszy!